Tu kot zamknięty, a tam pies pogrzebany

SONY DSC

Aquí hay gato encerrado (Tu jest kot zamknięty).

Wspominałam już kiedyś, że w przypadku mikroopowiadań pies jest pogrzebany (czy, w wersji hiszpańskiej, kot zamknięty) w ich jakości. Bo, powiedzmy to sobie od razu, każdy może napisać mikroopowiadanie – ot, był ktoś, zrobił coś, skończyło się. Żeby stworzyć powieść, albo nawet opowiadanie, potrzeba – fizycznie – więcej czasu, trzeba przemęczyć się nad kilkoma (kilkuset?) pustymi białymi stronami i jakoś je zapełnić, i przez to ogromny procent ludzkich makówek już nie przebrnie. A nasza minifikcja? Ot, dwie minuty paraintelektualnego wysiłku po całym dniu ciężkiej pracy nad utrzymaniem stanu pustki i głupoty w umyśle – i już, proszę! I tu właśnie ten kot, bo jak ponoć skonstatował Wiktor Hugo, „głupcem wolno być każdemu, ale pod jednym warunkiem – by nie dawał złego przykładu”. Niestety, przykłady się mnożą, a liczne konkursy wręcz zachęcają abderytów do dorzucania swoich trzech groszy.

Już pod koniec XIX wieku, u zarania hiszpańskich mikroopowiadań, zadumał się nad tym przy lekturze porannej gazety Clarín (Leopoldo Alas), autor bynajmniej nie krótkiej powieści – Regentki. Prasa cięła, jak mogła, kolumny przeznaczone na twórczość literacką (kryzys, oczywiście!), więc i opowiadania karlały. Sam Clarín pisywał też teksty tego gatunku i kręcił nosem nad ograniczeniami, a nowości w periodykach, im krótsze, tym bardziej zdawały mu się odarte z literackiego powabu. Nie tylko jemu – w jednej z najpopularniejszych dziś gazet hiszpańskich, El País, ukazało się 18. lutego 1894 roku prześmiewcze „mikroopowiadanie” – satyra na nową, dziwną modę „krótkości”:

Artur urodził się w 188… Uczył się nadzwyczajnie, uwiódł Aureę, miał sześć pojedynków, zabił Mendozę, ożenił się z Elizą, popłynął do Ameryki, rozbił się na Pacyfiku, mieszkał na bezludnej wyspie, polował na lwy w górach Atlas, walczył przeciwko Anglikom, awansował na generała, miał dziesiątkę dzieci i umarł w wieku dwudziestu pięciu lat[1].

(tłum. ADK)

Ten opór i wątpliwości przetrwały do dzisiaj, choć krytycy mikroopowiadań uznają je za bezzasadne wobec faktu, że powstały i nadal powstają krótkie narracje na wysokim poziomie artystycznym. Tym samym skazywać całą minifikcję na pogardę ze względu na pewien, choćby niemały, odsetek samozwańczych gryzipiórków nędznej jakości, to jak przekreślić powieść jako gatunek tylko dlatego, że niektórym podoba się pisać i czytać tandetne romansidła czy, co gorsza, rozmarzać się nad pięćdziesięcioma obliczami tego czy tamtego jegomościa. Widać, wedle owych krytyków, więcej uczciwych mikropisarzy niż sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze.


[1] Cyt. za D. Rodenas de Moya,  “Microrrelato en la estética de la brevedad del Arte Nuevo”, w: Irene Andres-Suárez, Antonio Rivas (eds.) La era de la brevedad. El microrrelato hispánico. Palencia, Menoscuarto: 82-83.