Panowie z dzielnicy

SenhoresJuntos

Na stronie lubimyczytac.pl (KLIK) znalazłam kilka znamiennych (dla perspektyw rysujących się przed mikroopowiadaniami w Polsce) komentarzy do książki Panowie z dzielnicy, autorstwa portugalskiej gwiazdy światowego formatu, Gonçalo M. Tavaresa:

„Przypowiastki filozoficzne autorstwa Tavaresa są oryginalne, mądre, cięte i niewybrednie dowcipne. Muszę przyznać, że byłam zaskoczoną formą literacką i stylem pisarza. (…)
Te lekkie przypowiastki zostały opatrzone minimalistyczną grafiką. Uwaga, zdarza się, ze u Tavaresa ludzka logika zawodzi! Proste, pomysłowe i zabawne.”

„Sam styl pisarza także zaskakuje symetrią lub jej brakiem w wersach,
małą ilością słów i grafiką zapisanej treści.
Czytanie to prawdziwa przyjemność: szybko i konkretnie.”

„Książka magiczna, jestem w niej zakochana od pierwszej strony.
Nie potrafię wyrazić zachwytu nad twórczością Tavaresa, nigdy nie spotkałam czegoś takiego. Kto przeczyta ten zrozumie.”

Mała ilość słów? Szybko i konkretnie? Zaskoczenie stylem? Nigdy nie spotkali czegoś takiego?? O, biedny polski czytelniku, jakże mało wiesz o mikrofikcji! Ale do rzeczy: znając moje zainteresowania, znajoma przyniosła mi do poczytania tomik filozoficznych przypowieści Tavaresa. Z pewnym zaskoczeniem (rozczarowana już znikomością rynku mikrofikcji w naszym kraju) znalazłam tam zupełnie przyzwoity zbiór mikroopowiadań! Natychmiast odsyłam wszystkich zainteresowanych, którzy ze względów językowych nie mogą cieszyć się lekturą hiszpańskich i angielskich tekstów. Nie zrozummy się źle: książka rzeczywiście składa się raczej z przypowiastek i „humoresek”, z nie do końca przeze mnie zrozumiałych względów odbieranych przez czytelników jako „lekkie” – czy dlatego, że są krótkie? Być może, ale filozoficzność tylko u Kundery bywa lekka, u Tavaresa przepojona jest głęboką zadumą nad ludzkim umysłem, podszytą czasem – co to, to tak! – dowcipem. Apeluję jednak, by nie łykać „Panów z dzielnicy” na jeden raz – jeśli już nie chcemy dać każdej perełce tego majstersztyku mikrofikcji wybrzmieć w nas w pełni i osiągnąć dojrzałości interpretacyjnej refleksji, pozwólmy chociaż autorowi być mądrzejszym od nas i uwzględnijmy podział na sześć zupełnie odmiennych części, przezeń narzucony (w oryginale książeczki o kolejnych senhores wydawane były osobno). Choć niewątpliwie pewną jedność narzuca pasja domorosłego ilustratora, z jaką wszyscy „panowie” ilustrują swoje wywody, starannie zacierając rysunkami ślady jakiegokolwiek sensu, który mógł się uchować między absurdalnymi linijkami tekstów, każdy dział podporządkowany jest unikalnej, wyjątkowej osobowości głównego bohatera, stanowi całość stylistyczną i treściową. Od minipowieści o Szefie pana Krausa, przez bogate w odniesienia filozoficzne opowiastki pana Valéry’ego, po – wreszcie! – mikroopowiadania pana (jakżeby inaczej) Brechta – Tavares po mistrzowsku uwodzi słowem, z którym poczyna sobie swobodnie i oryginalnie.

Ale, ale, wróćmy do sedna – choć urzekły mnie niemal wszystkie mikrofikcje (nie mogłam jakoś przekonać się do skrojonych wokół absyntu przemyśleń pana Henriego), to jednak muszę zwrócić szczególną uwagę właśnie na narracje, mamy tu bowiem do czynienia z regularnymi (choć ukrytymi wśród innych krótkich form) mikroopowiadaniami, przetłumaczonymi profesjonalnie przez Michała Lipszyca, wydanymi przez Świat Książki, polubianymi przez czytelników… Rewelacja! Dość znamienne jest to, że nikt nie mówi w kontekście tomu o mikroopowiadaniach, podczas gdy w krajach anglo- i hiszpańskojęzycznych od rozważań nad gatunkiem zaczęłyby się wszystkie recenzje. Ale nazwy i terminologia na bok, bo:

Mimo że sala była praktycznie pusta, pan Brecht zaczął opowiadać swoje historie. (s. 121)

Z jakim rezultatem? Oby była to metafora czytelniczego rynku Polski, jako że:

Po opowiedzeniu ostatniej historii pan Brecht rozejrzał się dookoła. Sala była pełna. Ludzi zeszło się tyle, że zatarasowali drzwi. I jak on teraz stąd wyjdzie? (s. 173)

Nie zamierzam psuć tu nikomu przyjemności z lektury, dość rzec, że znajdziecie u Tavaresa trochę sprytnych, powszechnych w mikrofikcji mechanizmów „przyspieszających” akcję, nakreślone szybką kreską portrety i wspaniałe, zapierające dech w piersiach puenty – podstawę każdego dobrego mikroopowiadania. Żeby zachęcić jeszcze bardziej, pozwolę sobie to, które wywarło na mnie największe wrażenie:

Turyści

Biuro podróży pomyliło się i turyści wylądowali w samym środku wojny.

Świeciło słońce, a skoro już mieli kremy do opalania i kostiumy kąpielowe, rozsiedli się na hotelowych tarasach, wystawiając ciała na cieplutki promienie, podczas gdy wokół rozbrzmiewały odgłosy bomb i wystrzałów.

Skoro już mieli mapy i plan miasta, postanowili zrobić kilka wycieczek i zwiedzić ruiny budynków, porównując je z nieaktualnymi informacjami w przewodniku turystycznym.

Skoro już mieli na szyjach aparaty fotograficzne, postanowili zrobić zdjęcia zwłokom zaściełającym ulicę.

Gonçalo M. Tavares, Panowie z dzielnicy, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 152
(tłum. M. Lipszyc)

PS W kontekście tego trafiającego w sedno mikroopowiadania warto też sięgnąć do eseju George’a Orwella „Marrakesz”, wydany w ciekawym zbiorze (również przez Świat Książki) Kilka myśli o ropusze zwyczajnej oraz inne nieznane szkice, opowiadania i eseje (tłum. B. Zborski, Warszawa 2011).