Co robią w wolnym czasie hiszpańscy prawnicy?

Naturalnie piszą mikroopowiadania.

Na głównej stronie internetowej zrzeszającej hiszpańskich prawników (http://www.abogacia.es) znajdują się – obok aktualności, ważnych informacji dla adwokatów i ich klientów, wskazówek dla uczących się, specjalistycznej prasy – linki do “10 najlepszych filmów prawniczych” oraz, jakżeby inaczej, podstrona projektu “Konkurs na opowiadania o adwokatach” (http://www.microrrelatosabogados.com).

Konkurs ma już swoją piątą edycję i cieszy się dużą popularnością, nie tylko w środowisku prawniczym. Każdy tekst musi być powiązany tematycznie ze światkiem adwokatów, sądów, tóg i białych peruk, więc pomysłodawcy mimowolnie (a może zupełnie celowo?) przyczyniają się do rozwoju podgatunku “mikroopowiadania prawnicze”. Utwory różnią się zdecydowanie od – zazwyczaj – dość płaskich znaczeniowo i sztampowych treściowo thrillerów prawniczych, sięgają bowiem do różnych tradycji i rzadko zahaczają o sensację.

Projekt trwa nieprzerwanie od sierpnia 2008 roku. Co miesiąc ogłaszanych jest pięć słów, które znaleźć się muszą w nadsyłanych tekstach. Każdy (nie tylko prawnicy, nie tylko Hiszpanie – w konkursie może brać udział każdy niezależnie od miejsca zamieszkania… byle tylko umiał napisać mikroopowiadanie po hiszpańsku) może zgłosić jeden utwór (o długości nieprzekraczającej 150 słów) miesięcznie. Najciekawsze publikowane są na stronie projektu, raz w miesiącu przyznawana jest nagroda 500 euro, natomiast raz w roku spośród dwunastu najlepszych mikroopowiadań wybierane jest jedno, którego autor otrzymuje 3.000 euro. A zatem – do roboty!

Na zachętę tłumaczenie zwycięskiego tekstu z maja 2013 roku (słowa narzucone w konkursie: zaniedbany, igła, opieka, eklektyczny, cywilny):

Autor: Javier de Pedro Peinado

MÓJ KLIENT

Mój klient jest biednym ćpunem. Sięgnął tak blisko dna, że obawiam się, iż nie będzie w stanie stawić się w sądzie. Nie widziałem go bardzo długo, do czasu gdy kilka tygodni temu przyszedł do mojego biura prosić o pomoc, i wyniósł ukryte pod brudną koszulą srebrne przyciski do papieru. Chaotyczny i niezgrabny, jest jak zombi, który nie myśli właściwie o niczym poza igłą, a kiedy uśmiecha się bezzębnymi ustami, wydaje się najbardziej zaniedbaną istotą, jaką można sobie wyobrazić. Robi wrażenie widzieć go tam siedzącego, tak wychudzonego, w swoim eklektycznym odzieniu, spoglądającego nerwowo na swój czerwony zegareczek na pasku. Sala cywilnego jest pusta; rozprawy dotyczące sprawowania opieki nie są zazwyczaj popularne. Uśmiecha się i mruga do mnie okiem, w geście, który zwykł mi się wydawać uspokajający kiedyś, kiedy ten smutny i wycieńczony facet był jeszcze moim starszym bratem.

tłum. ADK

Oryginał znajduje się tutaj: KLIK

 Dziura w murze

Sjensja-fiksjon

UFO

Zdjęcie O.V.N.I. (czy UFO): ALAMY KLIK

Tak brzmiałoby w mocno uproszczonym i niepoprawnym zapisie fonetycznym hiszpańskie określenie na świat science-fiction. Polscy nie-hispaniści będą, być może, zadziwieni w swym narodowym umiłowaniu do anglicyzmów, natomiast znawcy i pół-znawcy kultury iberyjskiej pokiwają tylko głowami – niczego innego nie spodziewali się po nacji, która stosuje z zamiłowaniem tłumaczenia i własne skróty. I tak, zamiast obwiniać o epidemię świńskiej grypy WHO, Hiszpanie (dość bezczelnie, powiedzmy sobie, zważywszy na fakt, że pamięć o hiszpance jeszcze nie zginęła) będą mieć pretensje do OMS (Organización Mundial de la Salud). W imieniu Półwyspu Iberyjskiego o etyce stosowania bezzałogowych dronów będzie dyskutować z Obamą nie NATO, lecz OTAN (La Organización del Tratado Atlántico Norte), podczas gdy tracący kontakt z rzeczywistością wielbiciele ciencia ficción (science-fiction) powiedzą, że to nie drony widać na niebie, lecz – uwaga, zupełne szaleństwo! – O.V.N.I. (objeto volador no identificado – hiszpański zamiennik UFO, dosłownie oznacza to po prostu „obiekt latający niezidentyfikowany”, czyli wszystko się zgadza).

O.V.N.I., choć podobno coraz rzadziej widywane, jakoś nie dają się zbić z trajektorii, i wlatują szerokim, migającym światełkami strumieniem także do uniwersum mikrofikcji. Ciekawe informacje przede wszystkim o poezji SF znaleźć można na stronie www.mikrosf.com (KLIK) – ujawnienie się przez jej autora w komentarzu na mikroopowiadania.pl bardzo mnie ucieszyło, staram się bowiem – zazwyczaj syzyfowo – tropić wszystko, co z mikro-literaturą ma wspólnego w polskim obszarze językowym Sieci. Nie jest tego dużo, tym bardziej więc cieszy ten przebłysk podobnych zainteresować z równoległego wszechświata.

Z okazji tego szczęśliwego spotkania warto nadmienić, że krótkie narracje dzielą się na podgatunki (niezmiernie śmieszy to pewnego znanego mi prześmiewcę, który nie może się nadziwić, że „takie małe, a jeszcze się dzieli!”), wśród których mikroopowiadania fantasy i science-fiction zajmują miejsce poczesne i doceniane. Duża część blogosfery poświęcona jest takiej właśnie twórczości, czy to w języku hiszpańskim (np.KLIK), czy w angielskim (np.KLIK). Jak to zwykle z mikroopowiadaniami bywa, nie brakuje też konkursów, w tym zeszłorocznego konkursu z przyszłości: „Microrrelatos de Ciencia-Ficción 2051”, w którym wygrać można było internetowy kurs w Escuela de Escritores (Szkole Pisarzy) oraz przyjemną sumkę 500 €. Zwycięska narracja, choć napisana nieco zużytym językiem o oklepanym liryzmie, ma jednak pewien urok melancholii, który każe czekać z niecierpliwością, aż do mikroopowiadań SF wezmą się mistrzowie gatunku.

Łzy Harlana

24/06/2051. Łza ześlizgiwała się powoli po policzku Harlana Morrisona, profesora zakładu Archaicznych Przejawów Artystycznych w Institute of Information Uniwersytetu Stonage. Harlan uczył swoich studentów interpretowania informacji z przeszłości za pomocą kina. Leżąc w swym łóżku powtarzał, nie wymawiając ich, ostatnie słowa sceny z Blade Runner, wyświetlanej na zenitalnym ekranie w jego klitce: „… wszystkie moje wspomnienia zostaną zagubione, niczym łzy pośród deszczu… pora umrzeć”. Cisza wypełniła pokój po tym, jak obraz rozmazał się, a potem zniknął. Po umyśle Harlana dryfowały słowa repliki: „Pora umrzeć”. Kiedy miał 28 lat, Harlan otrzymał swój pierwszy nanoimplant pamięci. Musiał oszczędzać niemal dekadę, by zebrać wystarczającą ilość pieniędzy, ale dzięki temu i kolejnym implantom zdobył stanowisko profesora. Od lat uniwersytet nie przyznawał dożywotnich tytułów. Uznanie szybko gasło, było płynne i niestabilne. Ale przede wszystkim – nie było już rzeczą pojedynczych osób. Wszystko co należało wiedzieć znajdowało się w Cloudnet, cyfrowej chmurze kontrolowanej przez Micronet Incorporated. Mózg Harlana osiągnął już swoją granicę. Nie mógł przyjąć więcej implantów pamięci. Jeszcze tylko przez rok zachowa swoją pracę. Potem się “zdezaktualizuje” i zostanie zastąpiony. Wyciągnął prawą rękę, by sięgnąć do klawiatury swego unitu kontroli neuronalnej i wpisał hasło dostępu. Kolejna łza ześlizgnęła się po jego policzku, tym razem szybko, popychana przez grawitację w stronę poduszki. W przyległym pomieszczeniu jego koleżanka Loys usłyszała, jak Harlan powtarza, sylaba po sylabie, powoli, wypełniając sensem każde słowo aż napęczniały rezygnacją: „Pora umrzeć”. Harlan Morrison położył klawiaturę na swej piersi. Chwilę później klawisz „Delete” ustąpił pod naciskiem jego palca wskazującego. W tym samym momencie wszystkie jego wspomnienia również zostały zgubione, jak łzy w deszczu.

José Ignacio del Barco Gutiérrez-Zamora
(tłum. ADK)

To i inne opowiadania konkursowe (w oryginalnej, hiszpańskiej wersji) dostępne są tu: (KLIK).

pióro

zdjęcie ze strony konkursu:
KLIK

Literatura w metrze

Mój kolega jeździ metrem po Madrycie i, zamiast miniaturyzować wzrok na nanoliterkach stron w przeglądarce smartfonu, przygląda się ludziom przefiltrowanym przez sztukę, czyli fragmentom literatury umieszczanym przez madryckie Metro na ścianach pociągów. Nie mówimy tu o jednej linii biegnącej zalanym tunelem przez (prawdopodobnie) wypełnione minami powojenne bunkry, ale o naprawdę rozbudowanej Sieci transportu, docierającej w wiele zakątków miast, przewożącej miliony ludzi spędzających dziennie w metrze od dwudziestu minut do godziny.

Metro_Bibliometro

Plan metra KLIK i jedna z jego bibliotek KLIK

Takiej grupie ludzi można (trzeba!) zaproponować Kulturę, dlatego Metro de Madrid wprowadziło między innymi system całkowicie darmowych bibliotek, w myśl starego przysłowia zaprzyjaźnionej kultury: „Nie przyszedł Mahomet do góry, to przyjdzie góra do Mahometa”. Bibliometros, znajdujące się na 12 stacjach, mają kilka nieocenionych zalet, przede wszystkim taką, że książki wypożyczać można niejako przy okazji, dodając do czasu stałego przejazdu nie więcej niż pięć minut. Pozwalają cieszyć się literaturą tym, których przeraża wizja przekroczenia progów ogromnych Gmachów Wiedzy (albo takim, co pracują w godzinach ich otwarcia…). Usługa jest całkowicie darmowa, a kartę użytkownika może wyrobić każdy Hiszpan i nie Hiszpan. Zainteresowanym i wybierającym się w niedługim czasie do Madrytu polecam stronę, na której znaleźć można stosowne katalogi (KLIK)

W Bibliometro można wypożyczyć, oprócz książek, dwumiesięcznik Cuentos para el andén, czyli Opowiadania na peron, publikujący, jak można się domyślić, krótkie narracje mogące zapełnić czas podróżującym… przez te kilka minut do przyjazdu ich pociągu, albo w czasie jazdy od stacji do stacji (strona czasopisma na facebook’u: (KLIK)). Pojawiają się także antologie przeznaczone dla tego samego odbiorcy, niezwykle wdzięczne Krótkie opowiadania do czytania w metrze i Krótkie opowiadania do czytania w autobusie, które doczekały się już także (oczywiście!) wersji „do toalety”.

20130201

Okładki czasopisma i antologii krótkich opowiadań do czytania w czasie krótkich aktywności życiowych…

Metro udostępnia niektóre z opowiadań zaprzyjaźnionego dwumiesięcznika, a także fragmenty innej dobrej literatury, na ścianach swoich pociągów, umilając czas tym, co nie zaopatrzyli się w wyżej wymienione książeczki. Szeroka skala zjawiska skłoniła tę szacowną, choć publiczną instytucję do ogłoszenia własnego konkursu, „Między liniami” (dwuznaczność w pełni zamierzona). W liczbie słów nie większej niż sto należało opowiedzieć historię dla podróżujących, która działaby się w metrze, choć zwyciężczyni podeszła do zadania w przewrotny sposób.

 

MODYFIKACJA

Zdecydowali się wreszcie zmodyfikować wszystkie linie metra i przekształcić je w okrężne, ponieważ ciągły ruch po wirażu przypominał podróżującym szczęśliwą nieważkość karuzel.

Laura Sarrió López
(tłum. ADK)

Opowiadanie w wersji oryginalnej, a także krótkie narracje pozostałych finalistów znaleźć można tutaj: (KLIK)

Pławiąc się w blaskach reflektorów

Oscar_dywan

aplikacja Google Earth z 2011 roku, pozwalająca na przejście się po czerwonym dywanie KLIK

Gdyby literatura cieszyła się blaskiem Hollywood, to od kilku lat na gali wręczania Oscarów przechadzałyby się pysznym krokiem po czerwonym dywanie mikroopowiadania. Właściwie, jako gatunek dumny z siebie i zachwycony własną oryginalnością, zorganizowałyby sobie własną uroczystość. Najprawdopodobniej doszłoby na niej do kłótni między stroną hiszpańsko- a angielskojęzyczną, i w kolejnym roku miałyby miejsce już dwie gale. Po każdej z nich rzesze tekstów, niezadowolone z wyników, wysypywałyby się z sali i rozpadały ze złości na pojedyncze literki, ponieważ utwory literackie o najwyższej wartości artystycznej nie uznają kompromisów i charakteryzują się znacznie wyższym stopniem megalomanii niż gwiazdy kina. To dlatego należy cieszyć się, że literatura nie stoi wcale w świetle reflektorów, a jej blichtr przytłumiony jest lekko szlachetną patyną. Każdy tekst pławi się w ciepłym świetle uznania własnych wielbicieli, i równowaga w świecie fikcji zostaje zachowana.

Nie przeszkadza to dostojnie ciężkim członkom rozmaitych komisji wybierać laureatów najróżniejszych mikro-konkursów. Ponieważ jednak brak zgody co do tego, czy ważniejsze są międzynarodowe zawody organizowane cyklicznie przez Museo de la Palabra („Muzeum Słowa”, KLIK), czy może równie międzynarodowy i nawet bardziej cykliczny konkurs Relatos en cadena („Łańcuszek opowiadań”, KLIK), czy jednak jakiś zupełnie inny turniej, poszczególne teksty godzą się na życie w chwiejnej równowadze, przekonane – każdy z nich – o własnej wyższości.

W Internecie pojawiają się tymczasem (na podobnie swobodnej zasadzie pozbawionej statystyk różnorodności) zestawienia najpopularniejszych autorów i mikroopowiadań. Można pokusić się zatem o wręczenie własnych subiektywnych mikro-Oscarów tekstom nominowanym przez masy, o ile masami można nazwać śmiałków, którzy w tym świecie, co od wieków wydaje się „nie być już taki jak dawniej”, porywają się na czytanie literatury. Przedstawiam więc najczęściej spotykane w sieci nominacje na:

 NAJLEPSZE MIKROOPOWIADANIE

  1. CZARNA OWCA (LA OVEJA NEGRA)

W dalekim kraju żyła sobie wiele lat temu czarna Owca. Została zastrzelona. Sto lat później stado, pełne wyrzutów sumienia, wzniosło jej konny pomnik, który znakomicie wyglądał w parku. I tak, w kolejnych latach, za każdym razem gdy w stadzie pojawiały się czarne owce, szybko wysyłano je na tamten świat, aby przyszłe pokolenia zwykłych i przeciętnych owiec mogły także ćwiczyć się w rzeźbiarstwie.

Augusto Monterroso
(tłum. ADK)

     2. SEN (UN SUEÑO)

W pewnym pustynnym zakątku Iranu stoi niezbyt wysoka, kamienna wieża, bez drzwi ani okien. W jej jedynym pomieszczeniu (którego podłoga usypana jest z ziemi, i które jest okrągłe) znajduje się drewniany stół i ławka. W tej okrągłej celi człowiek, który jest do mnie podobny, pisze literami, których nie rozumiem, długi wiersz o człowieku, który w innej okrągłej celi pisze wiersz o człowieku, który w innej okrągłej celi… Proces ten nie ma końca i nikt nie będzie mógł przeczytać tego, co piszą więźniowie.

Jorge Luis Borges
(tłum. ADK)

     3. (JAKOŚĆ I ILOŚĆ) CALIDAD Y CANTIDAD

Nie zakochał się w niej, lecz w jej cieniu. Odwiedzał ją o świcie, kiedy jego ukochana była najdłuższa.

Alejandro Jodorowsky
(tłum. ADK)

     4. LIST ZAKOCHANEGO (CARTA DEL ENAMORADO)

Istnieją powieści, które, nie będąc wcale długimi, nie potrafią porządnie się rozpocząć aż do 50-tej czy 60-tej strony. Niektórym życiom przytrafia się to samo. Dlatego nie zabiłem się przedtem, panie sędzio.

Juan José Millás
(tłum. ADK)

     5. JABŁKO (LA MANZANA)

Strzała wystrzelona z precyzyjnej kuszy Wilhelma Tella dzieli na dwie części jabłko, które ma właśnie spaść na głowę Newtona. Ewa bierze jedną połówkę i podaje ją swemu małżonkowi ku uciesze węża. W ten oto sposób nie zostaje nigdy sformułowane prawo powszechnego ciążenia.

Ana María Schua
(tłum. ADK)

Choć żadne z tych mikroopowiadań nie należy do moich ulubionych, ukazują niewątpliwie przekrój najczęściej stosowanych mechanizmów – tak, tak, w krótkich narracjach wiele jest tego rodzaju zaawansowanej techniki. Chodzi o pewne triki, sztuczki mające na początku oszukać czytelnika, by potem łaskawie pozwolić mu na rozwiązanie zagadki tekstu. Dzięki takim zabiegom odbiorca czuje, że Pojął i Zrozumiał przebiegłe meandry umysłu pisarza, co naturalnie wprawia go w doskonały humor i każe wracać po jeszcze. Negatywnym zjawiskiem jest z kolei wykorzystywanie tych samych mechanizmów przez kolejnych twórców – pal licho, gdy robią to nieświadomie lub celowo przewrotnie, gorzej, kiedy mnożą i odmieniają na trylion mdlących sposobów błyskotliwy pomysł jednego z tych, co Wielkimi Pisarzami byli. I tak, motyw „niekończącej się opowieści” pojawił się już na tej stronie w króciutkim tekście Pacheki (KLIK), tutaj natomiast widzimy go we wcześniejszej wersji u Borgesa. Temat, pełen naturalnego wdzięku, aż prosi się o powtarzanie go w kolejnych odsłonach – takim właśnie pokusom domorośli (od)twórcy mikroopowiadań winni się stanowczo opierać.

Czytelnicy władający językiem hiszpańskim przeczytać mogą oryginalne teksty zamieszczonych wyżej mikroopowiadań tu: KLIK

Fikcja z wizytówki

BCFCzy można pomyśleć o lepszym sposobie reklamy dla pisarza niż wręczenie wizytówki z próbką własnej twórczości? Business Card Fiction – tak została ochrzczona pomysłowa wariacja na temat mikroopowiadań, zapoczątkowana (jak wieść gminna i miejska legenda niesie) przez pewnego pomysłowego angielskiego lub amerykańskiego autora i podchwycona przez oraczy żyznego gruntu blogosfery.

Reguły gry są tutaj proste: tekst musi mieścić się na odwrocie wizytówki (typowy format, np. 90mm x 50 mm) i posiadać wszelkie cechy mikroopowiadań – im poświęcę niebawem osobny artykuł. Taką narracyjną perełką zaintrygować można i należy potencjalnych czytelników, wydawców i kolegów po fachu. Ci ostatni powinni się przy tym poczuć zażenowani faktem, że sami na tak świetny pomysł nie wpadli.

Pogmerawszy ciekawą rączką w wielkim worze Sieci, znajdziemy nawet stronę z konkursem BCF, prowadzoną przez Ruth Long, Lillie McFerrin i J. D Wenzela: KLIK, zwycięzca grudniowej edycji, niejaki Lupus Anthropos, napisał mikroopowiadanie BCF, które przetłumaczyć można tak:

BCFPrzyklad                                    tłumaczenie: ADK                         Opowiadanie zwycięzcy konkursu z tej strony: KLIK

A może mikroopowiadanie na odwrocie wizytówki sprawdziłoby się również w innych branżach?