Flash: The International Short-Short Story Magazine

20140802FlashMagazine

Kiedy jeszcze flash fiction nazywana była po angielsku „bardzo krótkimi opowiadaniami” (short-short stories), terminem powoli wychodzącym z użycia, na pewnym sympatycznym uniwersytecie w mieście Chester, znajdującym się – jakżeby inaczej! – w rozsławionym przez kota z Alicji Cheshire – rozpoczęto wydawanie magazynu Flash: The International Short-Short Story Magazine. Nie było to zresztą wcale dawno temu, historia czasopisma sięga nie dalej niż roku 2008. W październiku i w kwietniu czytelnicy subskrybujący Flasha otrzymują świeżą, pachnącą drukiem książeczkę rozmiaru A5, zawierającą sporą dawkę mikroopowiadań nadsyłanych z całego świata, a także jeden czy drugi esej (również w wersji flash – nie więcej niż 360 słów!) oraz z lekka humorystyczne i całkiem poważne recenzje tomów mikroopowiadań, antologii oraz studiów krytycznych poświęconych tematowi. Wreszcie, by nie ograniczać czytelnikom dostępu do żadnego zakątka świata mikrofikcji, redaktorzy wybierają do sekcji „Flash prezentuje” przedruki wydawanych gdzie indziej tekstów.

To czasopismo to nie żadna domorosła inicjatywa służąca publikowaniu mniej i bardziej nieznanych amatorów, tylko ceniony i nagradzany magazyn – ukazanie się w nim czyjegoś tekstu jest dla autora nobilitacją. Dlaczego o nim piszę? Nie wychodzi niestety w wersji elektronicznej, a zatem pozostaje trudno osiągalny dla polskiego czytelnika, jednak – po pierwsze – można tam próbować nadsyłać własne mikroopowiadania i mikroeseje, po drugie – na stronie dostępne są przykładowe mikroopowiadania z każdego numeru, a więc jest tam kilkanaście znakomitych tekstów do przeczytania, wreszcie, i to chyba najważniejsze – już same spisy treści kolejnych tomów oferują wykaz nazwisk pisarzy (z 35 krajów świata!) parających się mikrofikcją. Sami wydawcy wśród najlepszych wymieniają: Margaret Atwood, Beryl Bainbridge, Roberta Olena Butlera, Jennifer Egan, Dave’a Eggersa, Jamesa Kelmana, Bernarda MacLaverty’ego, Jona McGregor’ego, Matta Thorne’a i Williama Wall’a. Jest już zatem z czym szperać w sieci w poszukiwaniu mikroopowiadań!

Zachęcam do lektury, wysyłania tekstów i dalszych poszukiwań!

http://www.chester.ac.uk/flash.magazine

Sjensja-fiksjon

UFO

Zdjęcie O.V.N.I. (czy UFO): ALAMY KLIK

Tak brzmiałoby w mocno uproszczonym i niepoprawnym zapisie fonetycznym hiszpańskie określenie na świat science-fiction. Polscy nie-hispaniści będą, być może, zadziwieni w swym narodowym umiłowaniu do anglicyzmów, natomiast znawcy i pół-znawcy kultury iberyjskiej pokiwają tylko głowami – niczego innego nie spodziewali się po nacji, która stosuje z zamiłowaniem tłumaczenia i własne skróty. I tak, zamiast obwiniać o epidemię świńskiej grypy WHO, Hiszpanie (dość bezczelnie, powiedzmy sobie, zważywszy na fakt, że pamięć o hiszpance jeszcze nie zginęła) będą mieć pretensje do OMS (Organización Mundial de la Salud). W imieniu Półwyspu Iberyjskiego o etyce stosowania bezzałogowych dronów będzie dyskutować z Obamą nie NATO, lecz OTAN (La Organización del Tratado Atlántico Norte), podczas gdy tracący kontakt z rzeczywistością wielbiciele ciencia ficción (science-fiction) powiedzą, że to nie drony widać na niebie, lecz – uwaga, zupełne szaleństwo! – O.V.N.I. (objeto volador no identificado – hiszpański zamiennik UFO, dosłownie oznacza to po prostu „obiekt latający niezidentyfikowany”, czyli wszystko się zgadza).

O.V.N.I., choć podobno coraz rzadziej widywane, jakoś nie dają się zbić z trajektorii, i wlatują szerokim, migającym światełkami strumieniem także do uniwersum mikrofikcji. Ciekawe informacje przede wszystkim o poezji SF znaleźć można na stronie www.mikrosf.com (KLIK) – ujawnienie się przez jej autora w komentarzu na mikroopowiadania.pl bardzo mnie ucieszyło, staram się bowiem – zazwyczaj syzyfowo – tropić wszystko, co z mikro-literaturą ma wspólnego w polskim obszarze językowym Sieci. Nie jest tego dużo, tym bardziej więc cieszy ten przebłysk podobnych zainteresować z równoległego wszechświata.

Z okazji tego szczęśliwego spotkania warto nadmienić, że krótkie narracje dzielą się na podgatunki (niezmiernie śmieszy to pewnego znanego mi prześmiewcę, który nie może się nadziwić, że „takie małe, a jeszcze się dzieli!”), wśród których mikroopowiadania fantasy i science-fiction zajmują miejsce poczesne i doceniane. Duża część blogosfery poświęcona jest takiej właśnie twórczości, czy to w języku hiszpańskim (np.KLIK), czy w angielskim (np.KLIK). Jak to zwykle z mikroopowiadaniami bywa, nie brakuje też konkursów, w tym zeszłorocznego konkursu z przyszłości: „Microrrelatos de Ciencia-Ficción 2051”, w którym wygrać można było internetowy kurs w Escuela de Escritores (Szkole Pisarzy) oraz przyjemną sumkę 500 €. Zwycięska narracja, choć napisana nieco zużytym językiem o oklepanym liryzmie, ma jednak pewien urok melancholii, który każe czekać z niecierpliwością, aż do mikroopowiadań SF wezmą się mistrzowie gatunku.

Łzy Harlana

24/06/2051. Łza ześlizgiwała się powoli po policzku Harlana Morrisona, profesora zakładu Archaicznych Przejawów Artystycznych w Institute of Information Uniwersytetu Stonage. Harlan uczył swoich studentów interpretowania informacji z przeszłości za pomocą kina. Leżąc w swym łóżku powtarzał, nie wymawiając ich, ostatnie słowa sceny z Blade Runner, wyświetlanej na zenitalnym ekranie w jego klitce: „… wszystkie moje wspomnienia zostaną zagubione, niczym łzy pośród deszczu… pora umrzeć”. Cisza wypełniła pokój po tym, jak obraz rozmazał się, a potem zniknął. Po umyśle Harlana dryfowały słowa repliki: „Pora umrzeć”. Kiedy miał 28 lat, Harlan otrzymał swój pierwszy nanoimplant pamięci. Musiał oszczędzać niemal dekadę, by zebrać wystarczającą ilość pieniędzy, ale dzięki temu i kolejnym implantom zdobył stanowisko profesora. Od lat uniwersytet nie przyznawał dożywotnich tytułów. Uznanie szybko gasło, było płynne i niestabilne. Ale przede wszystkim – nie było już rzeczą pojedynczych osób. Wszystko co należało wiedzieć znajdowało się w Cloudnet, cyfrowej chmurze kontrolowanej przez Micronet Incorporated. Mózg Harlana osiągnął już swoją granicę. Nie mógł przyjąć więcej implantów pamięci. Jeszcze tylko przez rok zachowa swoją pracę. Potem się “zdezaktualizuje” i zostanie zastąpiony. Wyciągnął prawą rękę, by sięgnąć do klawiatury swego unitu kontroli neuronalnej i wpisał hasło dostępu. Kolejna łza ześlizgnęła się po jego policzku, tym razem szybko, popychana przez grawitację w stronę poduszki. W przyległym pomieszczeniu jego koleżanka Loys usłyszała, jak Harlan powtarza, sylaba po sylabie, powoli, wypełniając sensem każde słowo aż napęczniały rezygnacją: „Pora umrzeć”. Harlan Morrison położył klawiaturę na swej piersi. Chwilę później klawisz „Delete” ustąpił pod naciskiem jego palca wskazującego. W tym samym momencie wszystkie jego wspomnienia również zostały zgubione, jak łzy w deszczu.

José Ignacio del Barco Gutiérrez-Zamora
(tłum. ADK)

To i inne opowiadania konkursowe (w oryginalnej, hiszpańskiej wersji) dostępne są tu: (KLIK).

pióro

zdjęcie ze strony konkursu:
KLIK

Jak napisać mikroopowiadanie

SONY DSC

Pisanie mikroopowiadania przypomina raczej tworzenie wiersza niż powieści – potrzebny jest błysk natchnienia, który zmieści się w niewielkiej narracyjnej foremce. Najlepiej, by był to cup cake – smakowity z wyglądu, z soczystym, zaskakującym nadzieniem, uwieńczony efektownym, lecz wytwornym zawijasem crème

Choć każdy musi podążać własną – wąską! – ścieżyną wiodącą ku skomponowaniu narracyjnego mini-arcydzieła, nie sposób oprzeć się czasem pokusie rzucenia okiem na szlaki innych, szczególnie tych, którzy dotarli już do celu. David Gaffney, brytyjski powieścio- i mikropisarz, zdradził kiedyś w artykule dla Guardiana (KLIK) kulisy swojej przygody z flash fiction. Jej początek wiąże się z płodnym epicko motywem podróży pociągiem. W tym wypadku nie było to jednak nielegalne wskakiwanie na wagony z tłumem obdartych imigrantów o groźnie wystrzępionym wąsie, lecz najzwyczajniejsze na świecie codzienne przemierzanie tej samej, niemal godzinnej trasy między Manchesterem a Liverpoolem. Gaffney postanowił wykorzystać ten czas, kalkulując sobie w brytyjsko rozsądny sposób, że tworząc w statecznym tempie 1000 słów dziennie (500 na trasie w jedną, 500 w drugą stronę), w ciągu kilku miesięcy miesięcy napisze zacną, wcale niekrótką książkę.

Po jakimś czasie pisarz zdał sobie sprawę, że zamiast powieści powołuje do życia bohaterów krótkich opowiadań, liczących 1000 słów każde. Zrezygnowany, postanowił zarzucić swój racjonalny pomysł i wrócić do tradycyjnych podróżnych lektur, natknął się jednak w Internecie na stronę Phone Book, która potrzebowała narracji o 150 słowach, nadających się do wysyłania smsem. Gaffney podjął wyzwanie i zaczął skracać w czasie jazdy swoje teksty. Początkowo z bólem serca, z każdą kolejną stacją przekonywał się, że przykrawanie i obcinanie wychodzi opowiadaniom na dobre!

W artykule dla Guardiana dal kilka wskazówek tym, którzy zdecydują się pójść w jego ślady:

  1. Zacznij w środku opowieści.
  2. Nie wprowadzaj zbyt wielu postaci.
  3. Upewnij się, że zakończenie nie jest na końcu.
  4. Wyciśnij ostatnie poty z tytułu.
  5. Zadbaj o to, by ostatnia linijka tekstu brzmiała jak bicie dzwonu.
  6. Pisz długo, a potem skracaj.

Na zakończenie tłumaczenie jednego z mikroopowiadań Davida Gaffney’a, z książki „Sawn-off tales” (opowiadanie w wersji oryginalnej dostępne tu: (KLIK). Uważny czytelnik może sprawdzić, czy pisarz gra według własnych reguł!

kot

 Ładny, czyż nie?

Pani Kalinsky przemówiła przez kłęby dymu wydobywające się z papierosa, którego wciąż unosiła do boku głowy. „To jest Alfred”. Tłusty, rozpieszczony kot spojrzał na nią. „Jest ubezpieczony na dwa tysiące”. Jej długie, obciągnięte nylonem nogi wydawały syczący dźwięk gdy je krzyżowała i rozkrzyżowywała. „Dwa razy więcej jeśli zostanie przejechany”. Pogłaskała spasioną górę futra. Żaluzje rzucały cień, który uniemożliwiał odczytanie wyrazu jej twarzy.

Nie mogłem tego jednak zrobić. Potem, dwa tygodnie później, na drodze wyjazdowej A556 z Eccles, rozpłaszczono rudego kota. Zdrapałem go do torby na śmieci, zafarbowałem mu futro na kolor, jaki miał Alfred, i zaniosłem go do weterynarza pani Kalinsky.

Nie widziałem się z panią Kalinsky przez kilka kolejnych tygodni, nie otrzymałem też nigdy mojej działki. Potem, z okna policyjnej furgonetki, dostrzegłem ją w restauracji z weterynarzem, pijącą wino. I śmiejącą się.

David Gaffney
(tłum. ADK)

Perły przed wieprze: flash fiction trailer

„Dawno, dawno temu, w czasach współczesnych, na piedestał chwały wspiął się najmłodszy syn kultury, Obraz. Stał tam sobie dumnie i kpił ze swego zdziadziałego już nieco brata, Słowa, nurzającego się w błocie u jego stóp. Słowo jednak, pełne pokory, czepiało się rąbka sukni nieczułych przechodniów, z nadzieją, że ponownie ich zachwyci i przywrócą mu utracony blask. Gdy przechodnie uparcie dawali posłuch płaskim, kolorowym migawkom, sączącym się płynnie w ich leniwe umysły, zdesperowane Słowo postanowiło zawalczyć bronią wroga – i tak narodził się book trailer.

Słowo nie walczyło zbyt dobrze – nie miało środków, którymi dysponowały wielkie ryby show biznesu, trzepoczące się dumnie na końcach kubańskich cygar podpalanych usłużnie przez Obraz. Jego obrazki, choć ruchome, były zbyt powolne i za nudne, by przyciągnąć na dłużej uwagę przechodniów, ale nawet te kilka sekund uwagi, błysk w oczach gapiów, przelotne zainteresowanie cieszyły Słowo. Ze stu oglądających book trailer może jeden, może pół przechodnia pochylało się nad okładkami, między którymi kryło się Słowo, nieliczni pozwalali umysłowi na trud – tfu! – czytania. Lecz Słowo nadal próbowało…”

SONY DSC

Jak zakończy się ta historia? Czy Słowo przyciągnie nowych adeptów i nawróci marnotrawnych synów, czy też pozostanie ze swoją własną grupą wiernych miłośników tekstu i druku? Czemu w ogóle mają służyć book trailery – filmowe zapowiedzi książek? I co się stało z piękną zasadą, by nie rzucać pereł przed wieprze?

Z drugiej strony – spójrzcie tylko na te słodkie, świńskie mordki o pustych oczkach jak szylkretowe guziki. Jak można się nad nimi nie ulitować i nie próbować namówić ich, choćby podstępnie, na kapkę lektury? Może te kiepskie animacje i budząca grozę muzyka jakoś dodadzą im otuchy w czasie najtrudniejszych przecież zmagań z pierwszymi linijkami druku? Ot, choćby kilka okrzyków w zapowiedzi powieści kryminalnej Agnieszki Pietrzyk, stylowo zatytułowanej Pałac tajemnic:

Na szczęście są też book trailery dla nałogowych pożeraczy literatury – profesjonalnie przygotowane urywki recenzji, opinie i fragmenty wywiadów z autorem dla tych, którzy czytać chcą i potrafią, ale trudno im wybrać z bogatej oferty uginających się półek księgarnianych. Oni chętnie przyjmują podpowiedź, ot, choćby taką, jakiej chcą udzielić twórcy zapowiedzi zbioru mikroopowiadań Jima Breslina, Elephant: Short Stories and Flash Fiction:

 

Najciekawsze są jednak zapowiedzi, które kuszą i obiecują… Kuszą fragmentem tekstu i obiecują więcej, albo, jak w przypadku flash fiction, przyciągają jednym mikroopowiadaniem do kolejnych. Zdecydowanie wolę czytać we własnym tempie, ale taki trailer spełnia swoją rolę – chciałabym dorwać książkę, by móc na spokojnie rozkoszować się przedstawionym mi tekstem:

Dla tych, którzy podobnie chcą rozkoszować się w swoim tempie transkrypcja (bez interpunkcji – w trailerze zastępuje ją intonacja, ale nie będę zgadywać):

Chuck Wendig, „Mockingbird”

I met her at a bar
Young girl
Younger than me anyway
Eyes like hot coals, hair like she’d french kissed a car battery
We did shots for a while
Cheap shit canadian whiskey
So cheap it didn’t even have a brand
We laughed told dirty jokes
Spun a couple sad stories too
Around midnight she finally told me her name
Said I’m Miriam Black and I bet 50 $ I can tell you how you’re gonna die
I laughed she said dead serious it’s true
Bull shit
All I need to do is touch you
Than she says all sexy-like with a playful wink
Can I touch you?
I laughed even harder braying like a donkey at the thought of this girl wanting to touch and hold fucked up mummy like me but I said Yeah okay sure honey
She laid her hand over mine
She seemed cold but her hand was warm
Only took a second
Then she told me the how and the when of my final tap dance off the end of the reaper’s naughty bits
Afterwards Miriam said always keep that 50 in your pocket
Then she winked and was gone
Now here I am just like she said I slipped on a patch of ice outside the farmhouse cracked my head good
I feel the blood on my neck wetting my shoulders
As I’m lying here watching a squadron of geese fly overhead who shows up little miss Miriam Black
She comes up to me kneels down smiles reaches into my pocket feels around
It’s too cold for me to get a thrill
Pulls out that $50 I put there
She whispers I won the bet
Miriam stays with me a while as the sun starts to slide down behind the horizon and she kisses me on the forehead tells me it was good meeting me it’ll all be over soon
Now she’s gone now I suppose it’s time

Fikcja z wizytówki

BCFCzy można pomyśleć o lepszym sposobie reklamy dla pisarza niż wręczenie wizytówki z próbką własnej twórczości? Business Card Fiction – tak została ochrzczona pomysłowa wariacja na temat mikroopowiadań, zapoczątkowana (jak wieść gminna i miejska legenda niesie) przez pewnego pomysłowego angielskiego lub amerykańskiego autora i podchwycona przez oraczy żyznego gruntu blogosfery.

Reguły gry są tutaj proste: tekst musi mieścić się na odwrocie wizytówki (typowy format, np. 90mm x 50 mm) i posiadać wszelkie cechy mikroopowiadań – im poświęcę niebawem osobny artykuł. Taką narracyjną perełką zaintrygować można i należy potencjalnych czytelników, wydawców i kolegów po fachu. Ci ostatni powinni się przy tym poczuć zażenowani faktem, że sami na tak świetny pomysł nie wpadli.

Pogmerawszy ciekawą rączką w wielkim worze Sieci, znajdziemy nawet stronę z konkursem BCF, prowadzoną przez Ruth Long, Lillie McFerrin i J. D Wenzela: KLIK, zwycięzca grudniowej edycji, niejaki Lupus Anthropos, napisał mikroopowiadanie BCF, które przetłumaczyć można tak:

BCFPrzyklad                                    tłumaczenie: ADK                         Opowiadanie zwycięzcy konkursu z tej strony: KLIK

A może mikroopowiadanie na odwrocie wizytówki sprawdziłoby się również w innych branżach?