10 MIKROZAPISKÓW O MIKROOPOWIADANIU

Celny i dający do myślenia tekst Andrésa Neumana, autora mikroopowiadań i bloga http://andresneuman.blogspot.com/:

 

Powołaniem każdego przyzwoitego mikroopowiadania jest rosnąć tak, by nie zostało zauważone.

Nie jest tym samym zwięzłe i krótkie: zwięzłe milknie na czas, a krótkie przed czasem.

Najdziwniejsza w mikroopowiadaniu nie jest jego miniaturowa objętość, ale jego radykalna struktura.

Bohaterowie mikroopowiadania chodzą obróceni profilem.

Pokusa żartu jest termitem mikroopowiadania.

Każde mikroopowiadanie zaczyna się w cudzysłowie i kończy na wielokropku.

Znaki interpunkcyjne stawiać skalpelem.

Czasowniki latają, rzeczowniki biegną, przymiotniki ważą.

Mikroopowiadanie potrzebuje czytelników odważnych, to znaczy takich, którzy zniosą niekompletność.

Im zwięźlejsze się wydaje, tym wolniej powinno się je czytać.

 Źródło: El País, 1.10. 2007r.

Zwięzłe i krótkie:

SONY DSC

 

 

http://andresneuman.blogspot.com/

Hiszpania tamtych lat…

UnbekannteJpeg

„Toledo”, Das unbekannte Spanien, s. 148

Trafił do mnie kilka tygodni temu album – przechowywany gdzieś na zakurzonych rodzinnych półkach, odziedziczony po Prababci, która w wieku dziewięćdziesięciu paru lat wciąż zachwycała naturalnie kruczoczarnym kolorem włosów. Das unbekannte Spanien, autorstwa Kurta Hielschera, to książka pełna czarno-białej Hiszpanii lat dwudziestych, czyjejś spalonej słońcem i pobielonej wapnem teraźniejszości, która dzisiaj jest już tylko wspomnieniem. Wydany w 1930 roku w Berlinie przez Atlantis Verlag jest niezwykłym świadectwem obiektywu dedykowanym królowi Alfonsowi XIII, zmuszonemu do opuszczenia kraju zaledwie rok później (co ciekawe, wkrótce po wyjeździe z Hiszpanii król Alfons przebywał przez jakiś czas w Sopocie).

Hiszpania tamtych lat, a zwłaszcza Andaluzja – region, który szczególnie fascynował Kurta Hielschera – inspirowała też pierwszy rozkwit mikroopowiadań, teksty Lorki i Jiméneza, dziś uważanych za klasyków gatunku. Hielscher urodził się w Striegau, dzisiejszym Strzegomiu, a Juan Ramón Jiménez poświęcił jedną z krótkich narracji dziewczynce polskiego pochodzenia…

Marylka i motyl
(Dziewczynka bez niego)

Marylka Santullano, polska Asturyjka, szukając, jak zawsze – zielone oczy wyskakujące ku ziemi, chciwe, obładowane, czerwone rączki, pociągając w roztargnieniu nosem – szukając na ziemi szkiełek, robaczków, patyczków, czegóż jeszcze?, znalazła u podnóża topoli białego, na wpół umarłego motyla.

Chwyciła go, otarłszy o fartuszek powalane ziemią ręce, z niewinnością dziewiczej delikatności, co „chce być” delikatna i, biegnąc, złożyła go na wielkiej stokrotce:

„Tutaj. Żeby sobie przyjemnie umarł”.

Ręce założone na plecach, splecione nerwowo palcami, wystawiając brzuszek, z opuszczoną głową, poszukała swoimi morskimi oczyma moich oczu, pewna, bez zastanowienia, że zrobiła wielką rzecz, godną odległego don Francisca, godną obecnego mnie.

Chwilę później, zapomniani natychmiast przez motyla… nie było go już na stokrotce. Zjadł go ptak? Ożył pod wpływem kwiatu poruszonego bryzą? Porwało go powietrze w kolejnym podmuchu? Czy po prostu wyparował, jakby był z rosy, w cudownym wniebowstąpieniu z duszy kwiatu, przez świetliste, wiosenno-jesienne niebo? Przypomniałem sobie motyla ze śmierci Srebronia, którą don Francisco czytał mi podczas ostatnich odwiedzin.

Nieświadoma Marylka, której cień wydłużało na pagórku niskie słońce – wieś kwaśno-zielona, z kwaśno-czerwonym murem z cegieł – patrzyła na mnie, zaskoczona, mówiąc mi niespokojnymi dłońmi to, czego nie mogła i nie umiała powiedzieć ustami. Jej wyjaśnienie było bardziej pewne, było wszystkim, bo nie było niczym. I, jako że nie było niczym, jako że było wszystkim, przekonywało ją, i mnie przekonywało.

Juan Ramón Jiménez
(tłum. ADK)

Wiosna i microrrelatos.blog.com

SONY DSC

Z okazji wiosny rozpoczęły się w Instytucie Filologii Romańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego warsztaty mikroopowiadań, a z okazji warsztatów strona mikroopowiadania.pl odnotowała mały przestój – pracujemy nad kilkoma projektami równocześnie i publikujemy chwilowo na innym portalu.

Zapraszam na www.microrrelatos.blog.com – czasopismo o mikroopowiadaniach, pisane przez studentów IFR, na razie w budowie, jeszcze trochę niedopracowane, ale już tryskające na prawo i lewo ciekawymi tekstami, linkami, tłumaczeniami tekstów. Głównym językiem strony jest hiszpański, ale w dziale “Traducciones – práctica” znajdziecie próbki tłumaczeń studentów. W przygotowaniu cała mikro-antologia, którą zamieścimy do ściągnięcia na stronie czasopisma. Co oprócz tego? Wywiady z autorami mikroopowiadań, linki do ich blogów, ciekawostki z wirtualnego świata, filmy ilustrujące mikroopowiadania – zarówno te wyszukane na youtube.com, jak i te, które sami zmontowaliśmy i tam zamieściliśmy. A będzie jeszcze więcej.

W przygotowaniu jest już nowy tekst na mikroopowiadania.pl, a tymczasem wiosennie zapraszam na www.microrrelatos.blog.com.

SONY DSC

Zajączek

Zajaczek

Zajączek z okładki Zajączek. Wierszyki dla maluchów Pauliny Sikorskiej KLIK, a wieża z książek z bloga Leslyjchacon KLIK

Może już trochę późno, by prosić Zajączka (w wersji szacownej, z długą brodą i okularami, krzewiciela kicającej mądrości) o książki z Hiszpanii na Święta, ale jeśli poczciwy szarak odpowiednio się zorganizuje, powinien zdążyć akurat na majówkę. A wtedy – nic, tylko wyciągnąć się na kocyku na łące (świeżo zazielenionej, bo ledwie od paru dni będzie ciepło) i pod niebieskim aż strach niebem, gdzieniegdzie tylko liźniętym jęzorem, który przedtem nurzał się łapczywie w bitej śmietanie, czytać i czytać. Ale nie warto marnować tych sielskich chwil na grube powieścidła, które wciągną nas tak, że zanim się zorientujemy, mrówki zdążą wytyczyć i wybetonować trasę przez nasze plecy. Przydałaby się lektura, która pozwoli, a nawet zachęci do odrywania co i rusz wzroku od drobnych druczków i pogrążania się w przyjemnej, zefirkowej zadumie, podczas gdy oczy podążać będą leniwie za szalonymi harcami naprawdę już zniecierpliwionych pierwszych jaskółek. A zatem – poezja albo – tak, tak! – mikroopowiadania.

 Co polecam?

1)      Juan Manuel Montes, Relatos desde Liliput

M ikroopowiadania autora zafascynowanego światem stworzonym przez Jonathana Swifta, którego Podróże Guliwera stanowią fundament wylany pod książkę Montesa. Podążając ścieżką satyry nakreśloną przez mistrza, Argentyńczyk pozwala małym ludzikom na komentarz do absurdów współczesnego świata, a przy tym zgrabnie wykorzystuje tę z krain, która nawiązuje do gatunku tekstów. Pełna smaczków opowieść o malusieńkim świecie, przełożonym przez kolano niesprawiedliwości społecznej.

 Ofiara jego szczęścia

Kochała go, nie ze względu na twardość jego pięści, ale za delikatność płaczu, gdy prosił o wybaczenie.

Juan Manuel Montes
(tłum. ADK)

Być martwym

Kiedy duch Liliputa wreszcie mógł wrócić ze śmierci, jego żona wyszła już ponownie za mąż, jego dorosłe dzieci już go nie potrzebowały, i nawet pies nie rozpoznał go, gdy wchodził do domu. Była to jedna z tych chwil, w których życzył sobie być martwym.

Juan Manuel Montes
(tłum. ADK)

 2)     Eduardo Gotthelf, Paraísos Paralelos

Jeśli macie ochotę sięgnąć na chwilę do raju i dostać po głowie jabłkiem, książka Gotthelfa, bawiąca się mitami i topikami, znakomicie się do tego nada. Zamiast jednego ogrodu Eden mamy tu do czynienia z eksploracją wielu (maleńkich) „światów możliwych”, co przekłada się też na formę tekstów. Szeroka gama podgatunków pozwala na podziwianie rozmaitych barw ciekawego upierzenia tego stwora, jakim są mikroopowiadania: serie tekstów, mikroteatr, opowiadania najkrótsze…

 Równoległe raje

Istnieje nieskończenie wiele równoległych wszechświatów, ale tylko w naszym Adam i Ewa zostali wyrzuceni z raju. W innych, z różnych powodów, kuszenie nie zadziałało.
Owo wczesne wypędzenie zostawiło w nas nostalgię za czymś, czego nigdy nie mieliśmy.

Eduardo Gotthelf
(tłum. ADK)

 Zaczarowana ropucha

Tej nocy, na krótko przed pocałunkiem, który położyłby kres jego położeniu, Ropucha dojrzał w oczach Księżniczki swój własny los. Ujrzał siebie, młodego i przystojnego, potem jako księcia małżonka, później króla i, na koniec, po zwycięskich kampaniach wojskowych, cesarza.
Zamrugał dwa razy, jak to mają w zwyczaju ropuchy. Potem skoczył do wody i zniknął w nurcie strumienia.

Eduardo Gotthelf
(tłum. ADK)

Panowie z dzielnicy

SenhoresJuntos

Na stronie lubimyczytac.pl (KLIK) znalazłam kilka znamiennych (dla perspektyw rysujących się przed mikroopowiadaniami w Polsce) komentarzy do książki Panowie z dzielnicy, autorstwa portugalskiej gwiazdy światowego formatu, Gonçalo M. Tavaresa:

„Przypowiastki filozoficzne autorstwa Tavaresa są oryginalne, mądre, cięte i niewybrednie dowcipne. Muszę przyznać, że byłam zaskoczoną formą literacką i stylem pisarza. (…)
Te lekkie przypowiastki zostały opatrzone minimalistyczną grafiką. Uwaga, zdarza się, ze u Tavaresa ludzka logika zawodzi! Proste, pomysłowe i zabawne.”

„Sam styl pisarza także zaskakuje symetrią lub jej brakiem w wersach,
małą ilością słów i grafiką zapisanej treści.
Czytanie to prawdziwa przyjemność: szybko i konkretnie.”

„Książka magiczna, jestem w niej zakochana od pierwszej strony.
Nie potrafię wyrazić zachwytu nad twórczością Tavaresa, nigdy nie spotkałam czegoś takiego. Kto przeczyta ten zrozumie.”

Mała ilość słów? Szybko i konkretnie? Zaskoczenie stylem? Nigdy nie spotkali czegoś takiego?? O, biedny polski czytelniku, jakże mało wiesz o mikrofikcji! Ale do rzeczy: znając moje zainteresowania, znajoma przyniosła mi do poczytania tomik filozoficznych przypowieści Tavaresa. Z pewnym zaskoczeniem (rozczarowana już znikomością rynku mikrofikcji w naszym kraju) znalazłam tam zupełnie przyzwoity zbiór mikroopowiadań! Natychmiast odsyłam wszystkich zainteresowanych, którzy ze względów językowych nie mogą cieszyć się lekturą hiszpańskich i angielskich tekstów. Nie zrozummy się źle: książka rzeczywiście składa się raczej z przypowiastek i „humoresek”, z nie do końca przeze mnie zrozumiałych względów odbieranych przez czytelników jako „lekkie” – czy dlatego, że są krótkie? Być może, ale filozoficzność tylko u Kundery bywa lekka, u Tavaresa przepojona jest głęboką zadumą nad ludzkim umysłem, podszytą czasem – co to, to tak! – dowcipem. Apeluję jednak, by nie łykać „Panów z dzielnicy” na jeden raz – jeśli już nie chcemy dać każdej perełce tego majstersztyku mikrofikcji wybrzmieć w nas w pełni i osiągnąć dojrzałości interpretacyjnej refleksji, pozwólmy chociaż autorowi być mądrzejszym od nas i uwzględnijmy podział na sześć zupełnie odmiennych części, przezeń narzucony (w oryginale książeczki o kolejnych senhores wydawane były osobno). Choć niewątpliwie pewną jedność narzuca pasja domorosłego ilustratora, z jaką wszyscy „panowie” ilustrują swoje wywody, starannie zacierając rysunkami ślady jakiegokolwiek sensu, który mógł się uchować między absurdalnymi linijkami tekstów, każdy dział podporządkowany jest unikalnej, wyjątkowej osobowości głównego bohatera, stanowi całość stylistyczną i treściową. Od minipowieści o Szefie pana Krausa, przez bogate w odniesienia filozoficzne opowiastki pana Valéry’ego, po – wreszcie! – mikroopowiadania pana (jakżeby inaczej) Brechta – Tavares po mistrzowsku uwodzi słowem, z którym poczyna sobie swobodnie i oryginalnie.

Ale, ale, wróćmy do sedna – choć urzekły mnie niemal wszystkie mikrofikcje (nie mogłam jakoś przekonać się do skrojonych wokół absyntu przemyśleń pana Henriego), to jednak muszę zwrócić szczególną uwagę właśnie na narracje, mamy tu bowiem do czynienia z regularnymi (choć ukrytymi wśród innych krótkich form) mikroopowiadaniami, przetłumaczonymi profesjonalnie przez Michała Lipszyca, wydanymi przez Świat Książki, polubianymi przez czytelników… Rewelacja! Dość znamienne jest to, że nikt nie mówi w kontekście tomu o mikroopowiadaniach, podczas gdy w krajach anglo- i hiszpańskojęzycznych od rozważań nad gatunkiem zaczęłyby się wszystkie recenzje. Ale nazwy i terminologia na bok, bo:

Mimo że sala była praktycznie pusta, pan Brecht zaczął opowiadać swoje historie. (s. 121)

Z jakim rezultatem? Oby była to metafora czytelniczego rynku Polski, jako że:

Po opowiedzeniu ostatniej historii pan Brecht rozejrzał się dookoła. Sala była pełna. Ludzi zeszło się tyle, że zatarasowali drzwi. I jak on teraz stąd wyjdzie? (s. 173)

Nie zamierzam psuć tu nikomu przyjemności z lektury, dość rzec, że znajdziecie u Tavaresa trochę sprytnych, powszechnych w mikrofikcji mechanizmów „przyspieszających” akcję, nakreślone szybką kreską portrety i wspaniałe, zapierające dech w piersiach puenty – podstawę każdego dobrego mikroopowiadania. Żeby zachęcić jeszcze bardziej, pozwolę sobie to, które wywarło na mnie największe wrażenie:

Turyści

Biuro podróży pomyliło się i turyści wylądowali w samym środku wojny.

Świeciło słońce, a skoro już mieli kremy do opalania i kostiumy kąpielowe, rozsiedli się na hotelowych tarasach, wystawiając ciała na cieplutki promienie, podczas gdy wokół rozbrzmiewały odgłosy bomb i wystrzałów.

Skoro już mieli mapy i plan miasta, postanowili zrobić kilka wycieczek i zwiedzić ruiny budynków, porównując je z nieaktualnymi informacjami w przewodniku turystycznym.

Skoro już mieli na szyjach aparaty fotograficzne, postanowili zrobić zdjęcia zwłokom zaściełającym ulicę.

Gonçalo M. Tavares, Panowie z dzielnicy, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 152
(tłum. M. Lipszyc)

PS W kontekście tego trafiającego w sedno mikroopowiadania warto też sięgnąć do eseju George’a Orwella „Marrakesz”, wydany w ciekawym zbiorze (również przez Świat Książki) Kilka myśli o ropusze zwyczajnej oraz inne nieznane szkice, opowiadania i eseje (tłum. B. Zborski, Warszawa 2011).

Tu kot zamknięty, a tam pies pogrzebany

SONY DSC

Aquí hay gato encerrado (Tu jest kot zamknięty).

Wspominałam już kiedyś, że w przypadku mikroopowiadań pies jest pogrzebany (czy, w wersji hiszpańskiej, kot zamknięty) w ich jakości. Bo, powiedzmy to sobie od razu, każdy może napisać mikroopowiadanie – ot, był ktoś, zrobił coś, skończyło się. Żeby stworzyć powieść, albo nawet opowiadanie, potrzeba – fizycznie – więcej czasu, trzeba przemęczyć się nad kilkoma (kilkuset?) pustymi białymi stronami i jakoś je zapełnić, i przez to ogromny procent ludzkich makówek już nie przebrnie. A nasza minifikcja? Ot, dwie minuty paraintelektualnego wysiłku po całym dniu ciężkiej pracy nad utrzymaniem stanu pustki i głupoty w umyśle – i już, proszę! I tu właśnie ten kot, bo jak ponoć skonstatował Wiktor Hugo, „głupcem wolno być każdemu, ale pod jednym warunkiem – by nie dawał złego przykładu”. Niestety, przykłady się mnożą, a liczne konkursy wręcz zachęcają abderytów do dorzucania swoich trzech groszy.

Już pod koniec XIX wieku, u zarania hiszpańskich mikroopowiadań, zadumał się nad tym przy lekturze porannej gazety Clarín (Leopoldo Alas), autor bynajmniej nie krótkiej powieści – Regentki. Prasa cięła, jak mogła, kolumny przeznaczone na twórczość literacką (kryzys, oczywiście!), więc i opowiadania karlały. Sam Clarín pisywał też teksty tego gatunku i kręcił nosem nad ograniczeniami, a nowości w periodykach, im krótsze, tym bardziej zdawały mu się odarte z literackiego powabu. Nie tylko jemu – w jednej z najpopularniejszych dziś gazet hiszpańskich, El País, ukazało się 18. lutego 1894 roku prześmiewcze „mikroopowiadanie” – satyra na nową, dziwną modę „krótkości”:

Artur urodził się w 188… Uczył się nadzwyczajnie, uwiódł Aureę, miał sześć pojedynków, zabił Mendozę, ożenił się z Elizą, popłynął do Ameryki, rozbił się na Pacyfiku, mieszkał na bezludnej wyspie, polował na lwy w górach Atlas, walczył przeciwko Anglikom, awansował na generała, miał dziesiątkę dzieci i umarł w wieku dwudziestu pięciu lat[1].

(tłum. ADK)

Ten opór i wątpliwości przetrwały do dzisiaj, choć krytycy mikroopowiadań uznają je za bezzasadne wobec faktu, że powstały i nadal powstają krótkie narracje na wysokim poziomie artystycznym. Tym samym skazywać całą minifikcję na pogardę ze względu na pewien, choćby niemały, odsetek samozwańczych gryzipiórków nędznej jakości, to jak przekreślić powieść jako gatunek tylko dlatego, że niektórym podoba się pisać i czytać tandetne romansidła czy, co gorsza, rozmarzać się nad pięćdziesięcioma obliczami tego czy tamtego jegomościa. Widać, wedle owych krytyków, więcej uczciwych mikropisarzy niż sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze.


[1] Cyt. za D. Rodenas de Moya,  “Microrrelato en la estética de la brevedad del Arte Nuevo”, w: Irene Andres-Suárez, Antonio Rivas (eds.) La era de la brevedad. El microrrelato hispánico. Palencia, Menoscuarto: 82-83.

Sjensja-fiksjon

UFO

Zdjęcie O.V.N.I. (czy UFO): ALAMY KLIK

Tak brzmiałoby w mocno uproszczonym i niepoprawnym zapisie fonetycznym hiszpańskie określenie na świat science-fiction. Polscy nie-hispaniści będą, być może, zadziwieni w swym narodowym umiłowaniu do anglicyzmów, natomiast znawcy i pół-znawcy kultury iberyjskiej pokiwają tylko głowami – niczego innego nie spodziewali się po nacji, która stosuje z zamiłowaniem tłumaczenia i własne skróty. I tak, zamiast obwiniać o epidemię świńskiej grypy WHO, Hiszpanie (dość bezczelnie, powiedzmy sobie, zważywszy na fakt, że pamięć o hiszpance jeszcze nie zginęła) będą mieć pretensje do OMS (Organización Mundial de la Salud). W imieniu Półwyspu Iberyjskiego o etyce stosowania bezzałogowych dronów będzie dyskutować z Obamą nie NATO, lecz OTAN (La Organización del Tratado Atlántico Norte), podczas gdy tracący kontakt z rzeczywistością wielbiciele ciencia ficción (science-fiction) powiedzą, że to nie drony widać na niebie, lecz – uwaga, zupełne szaleństwo! – O.V.N.I. (objeto volador no identificado – hiszpański zamiennik UFO, dosłownie oznacza to po prostu „obiekt latający niezidentyfikowany”, czyli wszystko się zgadza).

O.V.N.I., choć podobno coraz rzadziej widywane, jakoś nie dają się zbić z trajektorii, i wlatują szerokim, migającym światełkami strumieniem także do uniwersum mikrofikcji. Ciekawe informacje przede wszystkim o poezji SF znaleźć można na stronie www.mikrosf.com (KLIK) – ujawnienie się przez jej autora w komentarzu na mikroopowiadania.pl bardzo mnie ucieszyło, staram się bowiem – zazwyczaj syzyfowo – tropić wszystko, co z mikro-literaturą ma wspólnego w polskim obszarze językowym Sieci. Nie jest tego dużo, tym bardziej więc cieszy ten przebłysk podobnych zainteresować z równoległego wszechświata.

Z okazji tego szczęśliwego spotkania warto nadmienić, że krótkie narracje dzielą się na podgatunki (niezmiernie śmieszy to pewnego znanego mi prześmiewcę, który nie może się nadziwić, że „takie małe, a jeszcze się dzieli!”), wśród których mikroopowiadania fantasy i science-fiction zajmują miejsce poczesne i doceniane. Duża część blogosfery poświęcona jest takiej właśnie twórczości, czy to w języku hiszpańskim (np.KLIK), czy w angielskim (np.KLIK). Jak to zwykle z mikroopowiadaniami bywa, nie brakuje też konkursów, w tym zeszłorocznego konkursu z przyszłości: „Microrrelatos de Ciencia-Ficción 2051”, w którym wygrać można było internetowy kurs w Escuela de Escritores (Szkole Pisarzy) oraz przyjemną sumkę 500 €. Zwycięska narracja, choć napisana nieco zużytym językiem o oklepanym liryzmie, ma jednak pewien urok melancholii, który każe czekać z niecierpliwością, aż do mikroopowiadań SF wezmą się mistrzowie gatunku.

Łzy Harlana

24/06/2051. Łza ześlizgiwała się powoli po policzku Harlana Morrisona, profesora zakładu Archaicznych Przejawów Artystycznych w Institute of Information Uniwersytetu Stonage. Harlan uczył swoich studentów interpretowania informacji z przeszłości za pomocą kina. Leżąc w swym łóżku powtarzał, nie wymawiając ich, ostatnie słowa sceny z Blade Runner, wyświetlanej na zenitalnym ekranie w jego klitce: „… wszystkie moje wspomnienia zostaną zagubione, niczym łzy pośród deszczu… pora umrzeć”. Cisza wypełniła pokój po tym, jak obraz rozmazał się, a potem zniknął. Po umyśle Harlana dryfowały słowa repliki: „Pora umrzeć”. Kiedy miał 28 lat, Harlan otrzymał swój pierwszy nanoimplant pamięci. Musiał oszczędzać niemal dekadę, by zebrać wystarczającą ilość pieniędzy, ale dzięki temu i kolejnym implantom zdobył stanowisko profesora. Od lat uniwersytet nie przyznawał dożywotnich tytułów. Uznanie szybko gasło, było płynne i niestabilne. Ale przede wszystkim – nie było już rzeczą pojedynczych osób. Wszystko co należało wiedzieć znajdowało się w Cloudnet, cyfrowej chmurze kontrolowanej przez Micronet Incorporated. Mózg Harlana osiągnął już swoją granicę. Nie mógł przyjąć więcej implantów pamięci. Jeszcze tylko przez rok zachowa swoją pracę. Potem się “zdezaktualizuje” i zostanie zastąpiony. Wyciągnął prawą rękę, by sięgnąć do klawiatury swego unitu kontroli neuronalnej i wpisał hasło dostępu. Kolejna łza ześlizgnęła się po jego policzku, tym razem szybko, popychana przez grawitację w stronę poduszki. W przyległym pomieszczeniu jego koleżanka Loys usłyszała, jak Harlan powtarza, sylaba po sylabie, powoli, wypełniając sensem każde słowo aż napęczniały rezygnacją: „Pora umrzeć”. Harlan Morrison położył klawiaturę na swej piersi. Chwilę później klawisz „Delete” ustąpił pod naciskiem jego palca wskazującego. W tym samym momencie wszystkie jego wspomnienia również zostały zgubione, jak łzy w deszczu.

José Ignacio del Barco Gutiérrez-Zamora
(tłum. ADK)

To i inne opowiadania konkursowe (w oryginalnej, hiszpańskiej wersji) dostępne są tu: (KLIK).

pióro

zdjęcie ze strony konkursu:
KLIK

Jak napisać mikroopowiadanie

SONY DSC

Pisanie mikroopowiadania przypomina raczej tworzenie wiersza niż powieści – potrzebny jest błysk natchnienia, który zmieści się w niewielkiej narracyjnej foremce. Najlepiej, by był to cup cake – smakowity z wyglądu, z soczystym, zaskakującym nadzieniem, uwieńczony efektownym, lecz wytwornym zawijasem crème

Choć każdy musi podążać własną – wąską! – ścieżyną wiodącą ku skomponowaniu narracyjnego mini-arcydzieła, nie sposób oprzeć się czasem pokusie rzucenia okiem na szlaki innych, szczególnie tych, którzy dotarli już do celu. David Gaffney, brytyjski powieścio- i mikropisarz, zdradził kiedyś w artykule dla Guardiana (KLIK) kulisy swojej przygody z flash fiction. Jej początek wiąże się z płodnym epicko motywem podróży pociągiem. W tym wypadku nie było to jednak nielegalne wskakiwanie na wagony z tłumem obdartych imigrantów o groźnie wystrzępionym wąsie, lecz najzwyczajniejsze na świecie codzienne przemierzanie tej samej, niemal godzinnej trasy między Manchesterem a Liverpoolem. Gaffney postanowił wykorzystać ten czas, kalkulując sobie w brytyjsko rozsądny sposób, że tworząc w statecznym tempie 1000 słów dziennie (500 na trasie w jedną, 500 w drugą stronę), w ciągu kilku miesięcy miesięcy napisze zacną, wcale niekrótką książkę.

Po jakimś czasie pisarz zdał sobie sprawę, że zamiast powieści powołuje do życia bohaterów krótkich opowiadań, liczących 1000 słów każde. Zrezygnowany, postanowił zarzucić swój racjonalny pomysł i wrócić do tradycyjnych podróżnych lektur, natknął się jednak w Internecie na stronę Phone Book, która potrzebowała narracji o 150 słowach, nadających się do wysyłania smsem. Gaffney podjął wyzwanie i zaczął skracać w czasie jazdy swoje teksty. Początkowo z bólem serca, z każdą kolejną stacją przekonywał się, że przykrawanie i obcinanie wychodzi opowiadaniom na dobre!

W artykule dla Guardiana dal kilka wskazówek tym, którzy zdecydują się pójść w jego ślady:

  1. Zacznij w środku opowieści.
  2. Nie wprowadzaj zbyt wielu postaci.
  3. Upewnij się, że zakończenie nie jest na końcu.
  4. Wyciśnij ostatnie poty z tytułu.
  5. Zadbaj o to, by ostatnia linijka tekstu brzmiała jak bicie dzwonu.
  6. Pisz długo, a potem skracaj.

Na zakończenie tłumaczenie jednego z mikroopowiadań Davida Gaffney’a, z książki „Sawn-off tales” (opowiadanie w wersji oryginalnej dostępne tu: (KLIK). Uważny czytelnik może sprawdzić, czy pisarz gra według własnych reguł!

kot

 Ładny, czyż nie?

Pani Kalinsky przemówiła przez kłęby dymu wydobywające się z papierosa, którego wciąż unosiła do boku głowy. „To jest Alfred”. Tłusty, rozpieszczony kot spojrzał na nią. „Jest ubezpieczony na dwa tysiące”. Jej długie, obciągnięte nylonem nogi wydawały syczący dźwięk gdy je krzyżowała i rozkrzyżowywała. „Dwa razy więcej jeśli zostanie przejechany”. Pogłaskała spasioną górę futra. Żaluzje rzucały cień, który uniemożliwiał odczytanie wyrazu jej twarzy.

Nie mogłem tego jednak zrobić. Potem, dwa tygodnie później, na drodze wyjazdowej A556 z Eccles, rozpłaszczono rudego kota. Zdrapałem go do torby na śmieci, zafarbowałem mu futro na kolor, jaki miał Alfred, i zaniosłem go do weterynarza pani Kalinsky.

Nie widziałem się z panią Kalinsky przez kilka kolejnych tygodni, nie otrzymałem też nigdy mojej działki. Potem, z okna policyjnej furgonetki, dostrzegłem ją w restauracji z weterynarzem, pijącą wino. I śmiejącą się.

David Gaffney
(tłum. ADK)

Perły przed wieprze: flash fiction trailer

„Dawno, dawno temu, w czasach współczesnych, na piedestał chwały wspiął się najmłodszy syn kultury, Obraz. Stał tam sobie dumnie i kpił ze swego zdziadziałego już nieco brata, Słowa, nurzającego się w błocie u jego stóp. Słowo jednak, pełne pokory, czepiało się rąbka sukni nieczułych przechodniów, z nadzieją, że ponownie ich zachwyci i przywrócą mu utracony blask. Gdy przechodnie uparcie dawali posłuch płaskim, kolorowym migawkom, sączącym się płynnie w ich leniwe umysły, zdesperowane Słowo postanowiło zawalczyć bronią wroga – i tak narodził się book trailer.

Słowo nie walczyło zbyt dobrze – nie miało środków, którymi dysponowały wielkie ryby show biznesu, trzepoczące się dumnie na końcach kubańskich cygar podpalanych usłużnie przez Obraz. Jego obrazki, choć ruchome, były zbyt powolne i za nudne, by przyciągnąć na dłużej uwagę przechodniów, ale nawet te kilka sekund uwagi, błysk w oczach gapiów, przelotne zainteresowanie cieszyły Słowo. Ze stu oglądających book trailer może jeden, może pół przechodnia pochylało się nad okładkami, między którymi kryło się Słowo, nieliczni pozwalali umysłowi na trud – tfu! – czytania. Lecz Słowo nadal próbowało…”

SONY DSC

Jak zakończy się ta historia? Czy Słowo przyciągnie nowych adeptów i nawróci marnotrawnych synów, czy też pozostanie ze swoją własną grupą wiernych miłośników tekstu i druku? Czemu w ogóle mają służyć book trailery – filmowe zapowiedzi książek? I co się stało z piękną zasadą, by nie rzucać pereł przed wieprze?

Z drugiej strony – spójrzcie tylko na te słodkie, świńskie mordki o pustych oczkach jak szylkretowe guziki. Jak można się nad nimi nie ulitować i nie próbować namówić ich, choćby podstępnie, na kapkę lektury? Może te kiepskie animacje i budząca grozę muzyka jakoś dodadzą im otuchy w czasie najtrudniejszych przecież zmagań z pierwszymi linijkami druku? Ot, choćby kilka okrzyków w zapowiedzi powieści kryminalnej Agnieszki Pietrzyk, stylowo zatytułowanej Pałac tajemnic:

Na szczęście są też book trailery dla nałogowych pożeraczy literatury – profesjonalnie przygotowane urywki recenzji, opinie i fragmenty wywiadów z autorem dla tych, którzy czytać chcą i potrafią, ale trudno im wybrać z bogatej oferty uginających się półek księgarnianych. Oni chętnie przyjmują podpowiedź, ot, choćby taką, jakiej chcą udzielić twórcy zapowiedzi zbioru mikroopowiadań Jima Breslina, Elephant: Short Stories and Flash Fiction:

 

Najciekawsze są jednak zapowiedzi, które kuszą i obiecują… Kuszą fragmentem tekstu i obiecują więcej, albo, jak w przypadku flash fiction, przyciągają jednym mikroopowiadaniem do kolejnych. Zdecydowanie wolę czytać we własnym tempie, ale taki trailer spełnia swoją rolę – chciałabym dorwać książkę, by móc na spokojnie rozkoszować się przedstawionym mi tekstem:

Dla tych, którzy podobnie chcą rozkoszować się w swoim tempie transkrypcja (bez interpunkcji – w trailerze zastępuje ją intonacja, ale nie będę zgadywać):

Chuck Wendig, „Mockingbird”

I met her at a bar
Young girl
Younger than me anyway
Eyes like hot coals, hair like she’d french kissed a car battery
We did shots for a while
Cheap shit canadian whiskey
So cheap it didn’t even have a brand
We laughed told dirty jokes
Spun a couple sad stories too
Around midnight she finally told me her name
Said I’m Miriam Black and I bet 50 $ I can tell you how you’re gonna die
I laughed she said dead serious it’s true
Bull shit
All I need to do is touch you
Than she says all sexy-like with a playful wink
Can I touch you?
I laughed even harder braying like a donkey at the thought of this girl wanting to touch and hold fucked up mummy like me but I said Yeah okay sure honey
She laid her hand over mine
She seemed cold but her hand was warm
Only took a second
Then she told me the how and the when of my final tap dance off the end of the reaper’s naughty bits
Afterwards Miriam said always keep that 50 in your pocket
Then she winked and was gone
Now here I am just like she said I slipped on a patch of ice outside the farmhouse cracked my head good
I feel the blood on my neck wetting my shoulders
As I’m lying here watching a squadron of geese fly overhead who shows up little miss Miriam Black
She comes up to me kneels down smiles reaches into my pocket feels around
It’s too cold for me to get a thrill
Pulls out that $50 I put there
She whispers I won the bet
Miriam stays with me a while as the sun starts to slide down behind the horizon and she kisses me on the forehead tells me it was good meeting me it’ll all be over soon
Now she’s gone now I suppose it’s time

Akcent polski

Tam gdzie dzieje się historia, nie może zabraknąć Polaków – choćby i była to historia gatunku literackiego, który omijamy uważnie i szerokim łukiem. Dzieje mikroopowiadań zawierają drobny akcent (prawdopodobnie) polski. Prawdopodobnie, bo jako wskazówka, z braku literatury i – co gorsza! – niemal całkowitej nieobecności w sieci, posłużyć mogą tylko imiona i nazwisko rodowe. Z dumą zatem przedstawiam rosnącym szeregom czytelników i fanów mikroopowiadań:

Panie i Panowie, Gaston de Pawlowski we własnej osobie!

Autoportret

Gaston de Pawlowski, autoportret

Pełne miano tego francuskiego pisarza o jakże zacnym obliczu brzmi: Gaston William Adam de Pawlowski, i właśnie owo “-ski”, a także imię Wieszcza, przykuło moją uwagę. Milczą nim polskie encyklopedie, milczą i hiszpańskie, Francja zaś naturalizuje w pełni Gastona i ani się zająknie na temat jego pochodzenia, mściwa z powodu Chopina i Curie-Skłodowskiej. Syn inżyniera Alberta de Pawlowski, młody Gaston dorasta pod koniec XIX wieku na paryskich ulicach, gdzie dopada go i opanowuje duch bohemii.

Szczególne poczucie humoru tego błyskotliwego ekscentryka objawia się na łamach francuskich czasopism, gdzie Gaston prowadzi kolumnę poświęconą wyimaginowanym wynalazkom, takim jak: bumerang, który nie zawraca aby uniknąć wypadkow, mydło naszpikowane gwoździami niczym jeż, aby się na nim nie poślizgnąć, gazeta z kauczuku, która nie zmoczy się w wannie, fluorescencyjna dziurka od klucza, aby pijani mogli w nią trafić, kieszonkowy metr krawiecki długości 10 cm, czy wreszcie buty z dziurą w podeszwie, aby woda, która do nich trafi, mogła swobodnie wypływać. Opis tych “obiektów niemożliwych” opublikowany jest w całości w książeczce wydanej po raz pierwszy w 1916 roku, i ponownie w roku 2009: Inventions nouvelles et dernières inventions.

Inventions

W tej zabawnej, ilustrowanej książce spotykamy drobne perełki narracyjne: mikroopowiadania o osobliwych wynalazkach Gastona, jedne z pierwszych krótkich narracji w historii. Niech nas ucieszy jedno z nich:

Pomniki o wymienialnych głowach

Wobec kłopotów, które spowodowało w Paryżu bezładne wznoszenie posągów, Rada Miasta postanowiła zamówić różne modele pomników, zaopatrzonych w wymienialne głowy i inskrypcje.
Koncesja na pomnik będzie przyznawana na dziesięć lat, po upływie którego to terminu poczynione zostaną zmiany zgodne ze smakiem i gustem epoki. Warto dodać, że sygnatariusze zapłacą wyłącznie cenę głowy i wynajmu ciała.

 

Gaston de Pawlowski
(tłum. z hiszpańskiego ADK)


Tłumaczenie z hiszpańskiej wersji tekstu umieszczonej w artykule D. Ródenasa de Moya, “Microrrelato en la estética de la brevedad del Arte Nuevo”, w: Irene Andres-Suárez, Antonio Rivas (ed.), La era de la brevedad. El microrrelato hispánico, Palencia 2008, str. 86-87.