Zwyczajne czary Kereta

Dziś artykuł pani Uli Rybickiej o znakomitym (i tłumaczonym na polski!) autorze mikroopowiadań:

20140821Keret

       Opowiadania Etgara Kereta mają wiele znaków szczególnych, lecz to, co wydaje się najbardziej ujmujące w jego prozie, to elementy magicznego realizmu. Mistrz krótkiej formy – jak został okrzyknięty przez krytyków – burzy nasze postrzeganie rzeczywistości, łącząc ze sobą dwa równoległe światy, mieszając autentyzm z abstrakcją, scalając codzienność z marzeniami. Jego bohaterowie nie są ani dobrzy, ani źli – są to raczej szargani sprzecznymi emocjami, trawieni przez tęsknotę, chaotyczni, wrażliwi i ciekawi świata samotnicy. Keret, opowiadając historię everymana, wirtuozersko balansuje na granicy pomiędzy infantylną baśnią a patetycznym morałem. Może chce nam przez to powiedzieć, żebyśmy nie ufali temu, co widzimy? A może po prostu chce zagrać na nosie rzeczywistości, próbując ją zaczarować, to znaczy… odczarować?

      W Polsce Keret jest jednym z najbardziej znanych twórców opowiadań, jednak mało kto precyzuje, iż ich większość to właśnie mikroopowiadania. W anglosaskim podziale gatunkowym jest on bezsprzecznie uważany za autora wpisującego się w nurt flash fiction, choć to oczywiście nie jedyny rodzaj jego literackiego dorobku. Pisarz żyje i tworzy
w Izraelu, jednak ma polskie korzenie i to właśnie tu pierwsze tomy jego opowiadań odniosły największy sukces. Obecnie tłumaczone na wiele języków, sprawiły, iż jest rozpoznawalny nie tylko na Starym Kontynencie. Od wielu lat znany jest także szerokiej publiczności w Stanach Zjednoczonych, gdzie często występuje w audycjach radiowych, publikuje opowiadania na portalach literackich oraz regularnie pisze choćby dla takich dzienników, jak „The New York Times”.

    Skąd zatem tyle czarów w opowiadaniach Kereta? Tendencja w literaturze, którą z czasem nazwano realizmem magicznym, sięga połowy dwudziestego wieku i terminu lo real maravillioso americano (amerykańska rzeczywistość cudowna), początkowo ściśle utożsamianego z literaturą iberoamerykańską. Obecnie pisarze na całym świecie posługują się realizmem magicznym – wysoce poważanymi autorami powieści z tego nurtu są między innymi Gabriel García Márquez, Yann Martel czy Haruki Murakami. Jednak zanim prozaicy zaczęli zachęcać czytelników do dostrzegania w codzienności elementów niezwykłych, zajmowały się już tym sztuki plastyczne, a najbardziej znaną przedstawicielką realizmu magicznego w malarstwie była Frida Kahlo. Estetyka ta wydawała się na tyle interesująca, że przeniknęła do wielu dziedzin sztuki, dziś tworząc bardzo silną reprezentację w filmie. Michel Gondry, Wes Anderson oraz Tim Burton to reżyserzy, których filmy nie są skrępowane poprzez to, co wydaje się w kinie akceptowane i przewidywalne, a zarówno treść, jak i forma ich dzieł igrają z wyobraźnią i myślowym poczuciem bezpieczeństwa widza. Do tego grona dołączył także Keret, reżyserując film pod tytułem „Meduzy” oparty na scenariuszu swojej żony, Shiry Geffen.

  W opowiadaniach Kereta znajdujemy nieskrępowane odbicie codzienności, która nie jest czysta gatunkowo: mieszają się w niej elementy tragiczne z komicznymi, instynkt bierze górę nad logiką, bohaterowie umierają, choć ich życie pozagrobowe (niestety) nie różni się od tego, które wiedli wcześniej. Sam autor określa swoją twórczość jako subiektywny realizm, który tworzą elementy fantastyczne skontrastowane ze zwyczajną scenerią świata. Czytelnik wyczuwa je intuicyjnie, wierzy w ich logikę, nie kwestionuje zasadności ich istnienia. Pisarz tym samym tworzy zniekształconą, wielobarwną wizję rzeczywistości, w której to, co możliwe i to, co niemożliwe pozostaje nierozerwalne. Żeby oswoić absurdalność opisywanych sytuacji, Keret bardzo rzetelnie określa ramy czasowo-przestrzenne, szpikuje ten obszar banałami codzienności, by na końcu dorzucić coś (nie)przewidywalnego. Noam Chomsky od lat stawia przed nami wyzwanie i zachęca, byśmy byli zaintrygowani tym, co wydaje się oczywiste. A Etgar Keret w niezwykły sposób nam to ułatwia, podsuwając pod nos opowiadania, po których przeczytaniu już nigdy nie spojrzymy na świat tak samo.

 Linki dla chętnych:

  – ostatni zbiór opowiadań: http://merlin.pl/Nagle-pukanie-do-drzwi_Etgar-Keret/browse/product/1,1028896.html?gclid=CjwKEAjw68ufBRDt0Zmrn4W_8AwSJADcjp1c1CszbThRYLufmthHkEbf7MjPsgA2cwxxnQdn1EefsBoC2hDw_wcB

- oficjalna strona Kereta: http://www.etgarkeret.com/

- profil na fimwebie: http://www.filmweb.pl/person/Etgar+Keret-674076#

Wioska zamieszkana przez teksty

Powiadają, że wszystko, co myślimy, mówimy czy piszemy jest intertekstem – zlepkiem tego wszystkiego, co już wymyślono, powiedziano, napisano. Nie do końca się z tym zgadzam, ale powiadają to mądrzy ludzie, więc warto te słowa przytoczyć, szczególnie w kontekście książki, którą chcę dzisiaj zarekomendować hiszpańskojęzycznym czytelnikom – a polskojęzycznym, jak zwykle, z daleka przedstawić i narobić smaku na tłumaczenie, które może kiedyś pojawi się na półkach naszych księgarni. Chodzi o projekt „Las microlocas” (hiszp. locas – szalone) trzech hiszpańskich i jednej chilijskiej pisarki. To szczególne dzieło zostało zainspirowane jednym tekstem znakomitego twórcy mikroopowiadań, Juana José Arreoli, zatytułowanym „El guardagujas” („Zwrotniczy”):

Zwrotniczy

Niech pan posłucha: wioska F. powstała w wyniku jednego z tych wypadków. Pociąg wjechał na nieprzejezdny teren. Zeszlifowane przez piasek koła starły się aż do osi. Pasażerowie spędzili tyle czasu razem, że z wymuszonych, trywialnych konwersacji zrodziły się bliskie przyjaźnie. Niektóre z tych przyjaźni przekształciły się wkrótce w idylle, a rezultatem jest F., postępowa wioska pełna psotnych dzieci, które bawią się zardzewiałymi resztkami pociągu.

Juan José Arreola (tłum. ADK)

Jak tłumaczą autorki: Eva Díaz Riobello, Isabel González, Teresa Serván i Isabel Wagemann, tekst Arreoli zainspirował je do stworzenia nowej przestrzeni, wioski mikrofikcji, gdzie rozgrywają się rozmaite historie. Nie jest to antologia, lecz książka opracowana jako zbiór opowiadań pisanych indywidualnie, ale podlegających pewnemu wspólnemu porządkowi. Twórczynie opowiadają zresztą, że choć pisały – każda z nich – w zaciszu własnych głów, konsultowały potem między sobą teksty, pożyczały sobie bohaterów, proponowały zmiany i wygładzały nierówne kanty mikroopowiadań koleżanek. „Zwrotniczy” Arreoli i wzajemne nawiązania nie są jedynymi intertekstami – w książce nie brakuje mrugnięć okiem do wielu uznanych autorów i dzieł mikrofikcji.

            Co ciekawe, choć może mało zaskakujące w dobie dominacji Internetu, konsultacje i rozmowy między autorkami odbywały się w sieci – poprzez liczne maile, które pozwalały na niekończące się dyskusje, wymiany zdań – wirtualne spotkania składające się na wydłużoną konwersację, świadectwo twórczej pracy.

            Na zachętę jeden z tekstów książki „La aldea de F.”, autorstwa Teresy Serván:

Ekscytacja zmarłych

Najmłodsza dziewczynka w wiosce zajmuje się oporządzaniem zmarłych. Raz w miesiącu, w skąpej spódniczce i z figlarnym dekoltem, przemierza cmentarz i, ze szmatką w ręku, klęka na grobach. Podczas gdy szoruje kamień, jej biodra poruszają się w rytmie bolera. Wydobywa blask z nagrobków, a jej piersi tańczą. Palce się mylą, rozstrajają, omdlewają, tańczą ze ścierką, polerując marmur. Ziemi bije serce. Wybucha kwiatami koloru fuksji. A z nekropolii sączy się lepkie powietrze. Mdląco słodki zapach, który pokrywa wioskę, zatapiając ją w żółtawym letargu.

 

Teresa Serván (tłum. ADK)

Polecam: La aldea de F., Las Microlocas, Eva Díaz Riobello, Isabel González González, Teresa Serván e Isabel Wagemann (Dirección de Literatura, UNAM, wydawnictwo punto de partida 9, 2011), oraz poświęcony książce wirtualny dodatek czasopisma Quaderni Ibero Americani: Duende, nr 8, luty 2014.

Szelest motylich skrzydeł na Twitterze

         Sen motyla okladka

Mikroopowiadania liczące 150 słów pozwalają opowiedzieć wcale złożoną historię – jest tam miejsce i na zabawę stylem, i na trochę parodii, zmieści się nawet skromny i wychudzony wątek poboczny lub epicka postać drugoplanowa. Format tweetu to już jednak inna bajka, zamyka bowiem w 140 znakach i z natury ulatuje w niebyt, gdy tylko pogrzebie go stos wpisów smętnie prozaicznych („piję kawę, jest piąteczek”), ale nowszych. Podporządkowując się pierwszemu wymaganiu i walcząc z drugim, Juan Romagnoli wydał książkę #ElSueñodelaMariposa (# to symbol pozwalający na tagowanie wpisu), czyli #SenMotyla, zbiór 320 tweetów własnego autorstwa. Violeta Rojo, autorka jednego z pierwszych opracowań mikrofikcji, chwali pisarza za wyrwanie mikroopowiadań spod fali zmywającej piasek.

Argentyńska książeczka niewielkiego formatu, zilustrowana przez Juana Luisa Lopez Anayę, podzielona jest na cztery części odpowiadające czterem porom roku. Nie daje się sklasyfikować jako konkretny podgatunek – obok tekstów oniryczno-fantastycznych pojawiają się mikroopowiadania „niezwykle zwykłe” o miłości.

Tytuł nawiązuje do jednego z najbardziej znanych mikroopowiadań, pochodzącego z tradycji mistrzów lapidarności, z trzeciego stulecie przed naszą erą:

 Sen motyla

Chuang Tzu śnił, że jest motylem, i obudziwszy się nie wiedział, czy jest Chuangiem Tzu, który śnił, że był motylem, czy motylem, który śni, że jest Chuangiem Tzu.

Chuang-tzu

z hiszpańskiego tłum. ADK

Autora #SnuMotyla śledzić można na Twitterze jako @jromagnoli, a książkę (oczywiście w języku hiszpańskim) warto kupić, na przykład tu: http://macedoniaediciones.com.ar/catalogo.html. Niech świadczy o tym niewielka próbka twórczości Romagnoli:

Wymazałem cię z mojej pamięci na zawsze. Teraz twoja fotografia na moim stoliku nocnym jest zdjęciem nieznajomej.

Ów ładny jednorożec, aby nie zwracać uwagi, symulował, że jest koniem idącym na bal przebierańców.

Morze wciąż zwraca mi butelkę z moją wiadomością. Dlatego piszę tylko słowa, które dodadzą mi otuchy.

Napisałem już wiadomość i zamknąłem ją w butelce. Brakuje mi tylko morza.

tłum. ADK

Zajączek

Zajaczek

Zajączek z okładki Zajączek. Wierszyki dla maluchów Pauliny Sikorskiej KLIK, a wieża z książek z bloga Leslyjchacon KLIK

Może już trochę późno, by prosić Zajączka (w wersji szacownej, z długą brodą i okularami, krzewiciela kicającej mądrości) o książki z Hiszpanii na Święta, ale jeśli poczciwy szarak odpowiednio się zorganizuje, powinien zdążyć akurat na majówkę. A wtedy – nic, tylko wyciągnąć się na kocyku na łące (świeżo zazielenionej, bo ledwie od paru dni będzie ciepło) i pod niebieskim aż strach niebem, gdzieniegdzie tylko liźniętym jęzorem, który przedtem nurzał się łapczywie w bitej śmietanie, czytać i czytać. Ale nie warto marnować tych sielskich chwil na grube powieścidła, które wciągną nas tak, że zanim się zorientujemy, mrówki zdążą wytyczyć i wybetonować trasę przez nasze plecy. Przydałaby się lektura, która pozwoli, a nawet zachęci do odrywania co i rusz wzroku od drobnych druczków i pogrążania się w przyjemnej, zefirkowej zadumie, podczas gdy oczy podążać będą leniwie za szalonymi harcami naprawdę już zniecierpliwionych pierwszych jaskółek. A zatem – poezja albo – tak, tak! – mikroopowiadania.

 Co polecam?

1)      Juan Manuel Montes, Relatos desde Liliput

M ikroopowiadania autora zafascynowanego światem stworzonym przez Jonathana Swifta, którego Podróże Guliwera stanowią fundament wylany pod książkę Montesa. Podążając ścieżką satyry nakreśloną przez mistrza, Argentyńczyk pozwala małym ludzikom na komentarz do absurdów współczesnego świata, a przy tym zgrabnie wykorzystuje tę z krain, która nawiązuje do gatunku tekstów. Pełna smaczków opowieść o malusieńkim świecie, przełożonym przez kolano niesprawiedliwości społecznej.

 Ofiara jego szczęścia

Kochała go, nie ze względu na twardość jego pięści, ale za delikatność płaczu, gdy prosił o wybaczenie.

Juan Manuel Montes
(tłum. ADK)

Być martwym

Kiedy duch Liliputa wreszcie mógł wrócić ze śmierci, jego żona wyszła już ponownie za mąż, jego dorosłe dzieci już go nie potrzebowały, i nawet pies nie rozpoznał go, gdy wchodził do domu. Była to jedna z tych chwil, w których życzył sobie być martwym.

Juan Manuel Montes
(tłum. ADK)

 2)     Eduardo Gotthelf, Paraísos Paralelos

Jeśli macie ochotę sięgnąć na chwilę do raju i dostać po głowie jabłkiem, książka Gotthelfa, bawiąca się mitami i topikami, znakomicie się do tego nada. Zamiast jednego ogrodu Eden mamy tu do czynienia z eksploracją wielu (maleńkich) „światów możliwych”, co przekłada się też na formę tekstów. Szeroka gama podgatunków pozwala na podziwianie rozmaitych barw ciekawego upierzenia tego stwora, jakim są mikroopowiadania: serie tekstów, mikroteatr, opowiadania najkrótsze…

 Równoległe raje

Istnieje nieskończenie wiele równoległych wszechświatów, ale tylko w naszym Adam i Ewa zostali wyrzuceni z raju. W innych, z różnych powodów, kuszenie nie zadziałało.
Owo wczesne wypędzenie zostawiło w nas nostalgię za czymś, czego nigdy nie mieliśmy.

Eduardo Gotthelf
(tłum. ADK)

 Zaczarowana ropucha

Tej nocy, na krótko przed pocałunkiem, który położyłby kres jego położeniu, Ropucha dojrzał w oczach Księżniczki swój własny los. Ujrzał siebie, młodego i przystojnego, potem jako księcia małżonka, później króla i, na koniec, po zwycięskich kampaniach wojskowych, cesarza.
Zamrugał dwa razy, jak to mają w zwyczaju ropuchy. Potem skoczył do wody i zniknął w nurcie strumienia.

Eduardo Gotthelf
(tłum. ADK)

Panowie z dzielnicy

SenhoresJuntos

Na stronie lubimyczytac.pl (KLIK) znalazłam kilka znamiennych (dla perspektyw rysujących się przed mikroopowiadaniami w Polsce) komentarzy do książki Panowie z dzielnicy, autorstwa portugalskiej gwiazdy światowego formatu, Gonçalo M. Tavaresa:

„Przypowiastki filozoficzne autorstwa Tavaresa są oryginalne, mądre, cięte i niewybrednie dowcipne. Muszę przyznać, że byłam zaskoczoną formą literacką i stylem pisarza. (…)
Te lekkie przypowiastki zostały opatrzone minimalistyczną grafiką. Uwaga, zdarza się, ze u Tavaresa ludzka logika zawodzi! Proste, pomysłowe i zabawne.”

„Sam styl pisarza także zaskakuje symetrią lub jej brakiem w wersach,
małą ilością słów i grafiką zapisanej treści.
Czytanie to prawdziwa przyjemność: szybko i konkretnie.”

„Książka magiczna, jestem w niej zakochana od pierwszej strony.
Nie potrafię wyrazić zachwytu nad twórczością Tavaresa, nigdy nie spotkałam czegoś takiego. Kto przeczyta ten zrozumie.”

Mała ilość słów? Szybko i konkretnie? Zaskoczenie stylem? Nigdy nie spotkali czegoś takiego?? O, biedny polski czytelniku, jakże mało wiesz o mikrofikcji! Ale do rzeczy: znając moje zainteresowania, znajoma przyniosła mi do poczytania tomik filozoficznych przypowieści Tavaresa. Z pewnym zaskoczeniem (rozczarowana już znikomością rynku mikrofikcji w naszym kraju) znalazłam tam zupełnie przyzwoity zbiór mikroopowiadań! Natychmiast odsyłam wszystkich zainteresowanych, którzy ze względów językowych nie mogą cieszyć się lekturą hiszpańskich i angielskich tekstów. Nie zrozummy się źle: książka rzeczywiście składa się raczej z przypowiastek i „humoresek”, z nie do końca przeze mnie zrozumiałych względów odbieranych przez czytelników jako „lekkie” – czy dlatego, że są krótkie? Być może, ale filozoficzność tylko u Kundery bywa lekka, u Tavaresa przepojona jest głęboką zadumą nad ludzkim umysłem, podszytą czasem – co to, to tak! – dowcipem. Apeluję jednak, by nie łykać „Panów z dzielnicy” na jeden raz – jeśli już nie chcemy dać każdej perełce tego majstersztyku mikrofikcji wybrzmieć w nas w pełni i osiągnąć dojrzałości interpretacyjnej refleksji, pozwólmy chociaż autorowi być mądrzejszym od nas i uwzględnijmy podział na sześć zupełnie odmiennych części, przezeń narzucony (w oryginale książeczki o kolejnych senhores wydawane były osobno). Choć niewątpliwie pewną jedność narzuca pasja domorosłego ilustratora, z jaką wszyscy „panowie” ilustrują swoje wywody, starannie zacierając rysunkami ślady jakiegokolwiek sensu, który mógł się uchować między absurdalnymi linijkami tekstów, każdy dział podporządkowany jest unikalnej, wyjątkowej osobowości głównego bohatera, stanowi całość stylistyczną i treściową. Od minipowieści o Szefie pana Krausa, przez bogate w odniesienia filozoficzne opowiastki pana Valéry’ego, po – wreszcie! – mikroopowiadania pana (jakżeby inaczej) Brechta – Tavares po mistrzowsku uwodzi słowem, z którym poczyna sobie swobodnie i oryginalnie.

Ale, ale, wróćmy do sedna – choć urzekły mnie niemal wszystkie mikrofikcje (nie mogłam jakoś przekonać się do skrojonych wokół absyntu przemyśleń pana Henriego), to jednak muszę zwrócić szczególną uwagę właśnie na narracje, mamy tu bowiem do czynienia z regularnymi (choć ukrytymi wśród innych krótkich form) mikroopowiadaniami, przetłumaczonymi profesjonalnie przez Michała Lipszyca, wydanymi przez Świat Książki, polubianymi przez czytelników… Rewelacja! Dość znamienne jest to, że nikt nie mówi w kontekście tomu o mikroopowiadaniach, podczas gdy w krajach anglo- i hiszpańskojęzycznych od rozważań nad gatunkiem zaczęłyby się wszystkie recenzje. Ale nazwy i terminologia na bok, bo:

Mimo że sala była praktycznie pusta, pan Brecht zaczął opowiadać swoje historie. (s. 121)

Z jakim rezultatem? Oby była to metafora czytelniczego rynku Polski, jako że:

Po opowiedzeniu ostatniej historii pan Brecht rozejrzał się dookoła. Sala była pełna. Ludzi zeszło się tyle, że zatarasowali drzwi. I jak on teraz stąd wyjdzie? (s. 173)

Nie zamierzam psuć tu nikomu przyjemności z lektury, dość rzec, że znajdziecie u Tavaresa trochę sprytnych, powszechnych w mikrofikcji mechanizmów „przyspieszających” akcję, nakreślone szybką kreską portrety i wspaniałe, zapierające dech w piersiach puenty – podstawę każdego dobrego mikroopowiadania. Żeby zachęcić jeszcze bardziej, pozwolę sobie to, które wywarło na mnie największe wrażenie:

Turyści

Biuro podróży pomyliło się i turyści wylądowali w samym środku wojny.

Świeciło słońce, a skoro już mieli kremy do opalania i kostiumy kąpielowe, rozsiedli się na hotelowych tarasach, wystawiając ciała na cieplutki promienie, podczas gdy wokół rozbrzmiewały odgłosy bomb i wystrzałów.

Skoro już mieli mapy i plan miasta, postanowili zrobić kilka wycieczek i zwiedzić ruiny budynków, porównując je z nieaktualnymi informacjami w przewodniku turystycznym.

Skoro już mieli na szyjach aparaty fotograficzne, postanowili zrobić zdjęcia zwłokom zaściełającym ulicę.

Gonçalo M. Tavares, Panowie z dzielnicy, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 152
(tłum. M. Lipszyc)

PS W kontekście tego trafiającego w sedno mikroopowiadania warto też sięgnąć do eseju George’a Orwella „Marrakesz”, wydany w ciekawym zbiorze (również przez Świat Książki) Kilka myśli o ropusze zwyczajnej oraz inne nieznane szkice, opowiadania i eseje (tłum. B. Zborski, Warszawa 2011).