W podróży…

SONY DSC

Tym, których jesień za oknem przyprawia o charakterystyczne „ciarki podróżnika”, przekopującym oferty linii lotniczych, statków i biur podróży, z nadzieję, że może w tym roku, może jakoś ekonomicznie by się udało… Ale chyba jednak nie, bo urlopu brak, a do ciepła jest bardzo daleko… Im wszystkim polecam mikroopowiadania podróżnicze – w końcu czymże jest literatura, jeśli nie możliwością udania się tam, gdzie być nie możemy albo nas nie chcą? Co pomoże nam lepiej przećwiczyć różnorodne scenariusze przed właściwą podróżą? Skąd, wreszcie, mielibyśmy czerpać masę doświadczeń życiowych, które w naszym akurat modelu życia się nie mieszczą i nie zmieszczą? Bez tekstów kultury biedne byłyby umysły! W końcu to snuciem opowieści świat stoi…

Mikroopowiadania podróżnicze nie są specjalnie wyodrębnionym podgatunkiem, brak też raczej pisarzy, którzy paraliby się tylko tak wąską specjalnością. Nie przeszkadza to różnym instytucjom w ogłaszaniu konkursów tematycznych, jak chociażby zrobił w tym roku portal Escuela de Escritores (Szkoła Pisarzy), przypisując kilku kolejnym tygodniom konkretne wyzwania: tydzień motorów, tydzień bocznych dróg, tydzień pieszych, przyjęć i rowerów… A pisarze pisali i słali swe teksty (KLIK).

Zwycięzcą okazało się mikroopowiadanie nadesłane w tygodniu motorów, zapewne ku zgrozie i utrapieniu literatów kierujących autami – na szczęście, jak się okazuje, motor w tym tekście zostaje porzucony już na samym początku:

Fatamorgany

Już jakiś czas temu porzuciliśmy motor i zaczęliśmy wędrować na północ. Tak mi się w każdym razie zdaje. Horyzont płonie. Przed nami rozciągają się nieskończone złote wydmy. Mariela przemieniła się w kaktus. Ja czuję się lekki, piaszczysty, plastyczny. Palący wiatr trzęsie mną i wyrywa mi po kolei kilka palców, włosy, nos, nogę, aż czuję się pagórkiem kurzu. Sądzę, że wszystko się skończyło. Wreszcie ktoś bierze pustynię i składa ją, jak mapę, ostrożnie, wzdłuż zaznaczonych zgięć. Chowa ją do kieszeni. Tam jest chłodniej. Oaza, jak każda inna.

Mar horno García, opublikowane tu: (KLIK)
(tłum. ADK)

Dla chętnych hiszpańskojęzycznych twórców Szkoła Pisarzy oferuje kursy online, m.in. Opowiadanie (kurs podstawowy) oraz Opowiadanie (kurs zaawansowany). Ten pierwszy rozpoczyna się w styczniu i trwa 9 miesięcy, niestety kursy są płatne: .

Dla tych, co nie chcą lub nie mogą się kształcić, ale piszą i chcą próbować swoich sił w konkursach – cykliczny konkurs Cadena Sur – co tydzień w radiu prezentowane są trzy najlepsze mikroopowiadania, potem wybierany jest najlepszy tekst tygodnia, miesiąca, całego konkursu… W każdym kolejnym tygodniu należy rozpocząć mikroopowiadanie od ostatniego zdania zwycięskiego tekstu z poprzedniego tygodnia. Formularz do przesyłania miniaturek narracyjnych: (KLIK)

Skąd im się to bierze w głowach?

20140201ImageZebyRaquel

Okładka zbioru opowiadań Jimeneza Emana

Z dużym zainteresowaniem przeczytałam zapis odczytu, wygłoszonego na kongresie poświęconym minifikcji przez autora mikroopowiadań, Gabriela Jimeneza Emana. Pisarz opowiedział zebranym o okolicznościach powstania niektórych ze swoich mikroopowiadań, między innymi o tekście „Zęby Raquel”: otóż jako dziecko bał się przeraźliwie sprzedawcy słodyczy, ze względu na jego straszliwe uzębienie i przyprawiający o zgrozę uśmiech. Potem, jako nastolatek, podkochiwał się w Raquel Welch, aktorce o zniewalającej urodzie, włosach i – naturalnie – uśmiechu. Te dwa obrazy nieustannie mu się ze sobą kojarzyły, doprowadzając wreszcie do powstania nieco przerażającej minifikcji “Zęby Raquel”:

Zęby Raquel

Raquel ugryzła jabłko, i wszystkie jej zęby w nim zostały.
Z krwawiącymi ustami poszła do domu zawiadomić swoją mamę. Mama, przestraszona, przybiegła szukać zębów Raquel, a kiedy przybyła, zęby zjadły już całe jabłko.

Mama chciała je zebrać, ale zęby uniosły się i zjadły Raquel i mamę.

Potem zęby wróciły do ust Raquel, która, bardzo głodna, pobiegła prosić mamę, by ta kupiła jej jabłko.

 

Gabriel Jiménez Emán

(tłum. ADK)

Odczyt Jimeneza Emana o zwięzłym tytule „Escribir relatos” opublikowany został w aktach IV Międzynarodowego Kongresu Minifikcji, La era de la brevedad, pod redakcją Irene Andres-Suárez i Antonio Rivasa, Menoscuarto 2008, str. 537-546.

Oryginał mikroopowiadania „Los dientes de Raquel” dostępny jest tu: (KLIK)

Dziecięce biblioteki online

20140126ImageBiblioDzieci

Baner wirtualnej biblioteki El Rincón de los Chicos KLIK

Przez kilka lat (od 2005 do 2010) w sieci funkcjonowała La Biblio de los Chicos, czyli dziecięca biblioteka wirtualna, udostępniająca teksty dla najmłodszych w wersji elektronicznej, często ilustrowane dodatkowo na potrzeby publikacji. Legendy, podania, baśnie, poezja i – jakżeby inaczej – mikroopowiadania pojawiały się w serwisie opracowanym przez wydawców internetowego czasopisma krytycznoliterackiego Imaginaria (KLIK), popularnonaukowego studium literatury dziecięcej i młodzieżowej. Niestety, jej fundatorzy i redaktorzy, Roberto Sotelo i Eduardo Abel Gimenez – rodem z Buenos Aires – nie byli w stanie samodzielnie utrzymywać biblioteki, a finansująca ją Fundación Telefónica wycofała w końcu wsparcie. Wciąż jednak na stronach Imaginaria pojawiają się proza i poezja przeznaczone dla tych, którzy najwdzięczniej przyjmują nasze opowieści. Można je znaleźć tutaj: (KLIK), czytać samemu, dzieciom, wykorzystywać w nauce i nauczaniu języka hiszpańskiego. Szkoda, że La Biblio de los Chicos już nie ma – chociaż uważam, że od pewnego wieku dzieci powinny czytać „po prostu” literaturę, trudno zaprzeczyć, że kilkulatkom osobny dział i osobne miejsce gromadzące tego typu zasoby bardzo się przydają. Na szczęście wciąż można liczyć na pasjonatów, pragnących przybliżać maluchom tęczę światów, fruwających dookoła ich otwartych, ciekawych umysłów – tworzą miejsca takie jak Pequeocio („mała rozrywka”, (KLIK)), gdzie obok gier, zabaw, przepisów, propozycji spędzania wolnego czasu i innych tysięcy „przydasiów” figurują działy „ dziecięcej poezji” oraz „dziecięcych opowiadań” (KLIK), z ładną grafiką i zbiorem zarówno klasyki, jak i świeżego na nią spojrzenia. Inną godną polecenia biblioteką wirtualną z opowieściami dla maluchów jest El Rincón de los Chicos http://www.pequeocio.com/ninos/cuentos-infantiles/.

Czy warto czytać dzieciakom mikroopowiadania? A kto tego nie robi? To w literaturze dziecięcej ukrywa się najwięcej klasyków i prekursorów gatunku, ba, nawet w polskich książeczkach dla dzieci minifikcje darzone są należytą estymą. Małe uszka wprost stworzone są do słuchania króciutkich historii, cóż z tego, że nieco powtarzalnych, z powiewem surowej moralności – tak rozsądnej we współczesnych baśniach, a tak szaleńczo ciekawej w dawniejszych narracjach braci Grimm czy Andersena! Oprócz mikroopowiadań – opowiastek mamy już jednak do czynienia z drugim, nowszym nurtem tekstów pomyślanych i opowiedzianych jako minifikcje. We wspominanej wyżej La Biblio de los Chicos opublikowano między innymi:

Ten-który-mnie-bije-na-przerwach przyszedł dzisiaj z ręką w gipsie, nie wiem, czy to dobrze, czy źle…

Andrés Sobico

(tłum. ADK)

I mikroopowiadanie dla starszych dzieci oraz dla dorosłych, ku refleksji o nadmiernym wygładzaniu baśni:

Czarownica, ubrana na czarno, w spiczastym kapeluszu, z haczykowatym nosem i kurzajką porośniętą włosami, z sową na ramieniu, przygarbionymi plecami i samotnym, fioletowym zębem chwiejącym się w ustach, wrzuciła jeszcze jakieś brudy do kotła, który śmierdział już zgnilizną, wymierzyła kotu kopniaka, spojrzała na ostatnią ludzką kość pozostałą w kącie, upewniła się, że zapadła już ciemna noc, chwyciła miotłę i, kopiąc karaluchy, wyszła w poszukiwaniu jakiegoś innego chłopca do zjedzenia na kolację.
Na zewnątrz czekała na nią komisja Stowarzyszenia Wspierającego Politycznie Poprawne Opowiadania Dla Dzieci, która z wyroku sądu zabrała ją do ośrodka odwykowego.

Eduardo Abel Gimenez

(tłum. ADK)

Oba teksty mona przeczytać w wersji oryginalnej tutaj: (KLIK)

Miasto w mikroopowiadaniach

Już od dziesiątek (czy może nawet setek?) lat miasta przyciągają lud swoją kapitalistyczną, pozłacaną aureolką, opromieniającą lekko mętny wir obietnicy miejsc pracy, spasionego kredytu i mieszkania, którego szarości nie są w stanie przykryć kolorowe pasy rozrzucane przez malarzy w wyniku rozpaczliwych prób usiłowania upiększenia rzeczywistości, podejmowanych przez władze.

Miasto w kulturze to zupełnie osobny, rubensowskich kształtów temat, bogactwo utkane w głowach ludzi, co najmniej mają wspólnego z ideą miasta (choć niektórzy czują się w nim jak ryba w wodzie) – artystów – i pewnie to pozwala im zachować pełen godności dystans, ironicznie przymrużone spojrzenie na rozkosze galerii handlowych i poranne podmuchy świeżego wyziewu spalin, łapane przez spragnione nozdrza mieszkańców. Miasta nie są bynajmniej mikro, a jednak – a może właśnie dlatego – znakomicie wpasowują się w estetykę mikroopowiadań, pokazując z bolesną szczerością jedną z milionów odsłon tych ludzko-owadzich tworków, w jakich przyszło nam żyć. Minifikcje municypalne wywodzą się z dwóch źródeł. Po pierwsze, są naturalną inspiracją osobistego zniecierpliwienia, zachwytu czy rozżalenia pisarzy – to wszak ich habitat, więc jakże nie miałby znaleźć się w wytworach ich przędących prozę umysłów. Po drugie, miasta, lekko urażone wpasowywaniem ich w literaturę, postanawiają się zemścić i podporządkować pisarstwo sobie, władze miast prześcigają się zatem w organizowaniu konkursów na „miejskie opowiadania”, z wątkami fruwającymi wokół tego czy owego organizatora imprezy – czy jest to dumna metropolia, czy jeszcze dumniejsza maleńka mieścina.

Trzeba przyznać, że miastom wystarcza czasem niewielka wzmianka w wytłuszczonej grubaśnymi literami nazwie konkursu – czapki z głów, pozwalają powiem na swobodną ekspresję i wybór tematów, zadowalając się nagrodą w postaci rozgłosu należnego za samo przygotowanie nagrody. Tym samym w hiszpańskojęzycznym światku ma szansę zaakcentować swoje istnienie choćby Oviedo (czytelnikom literatury hiszpańskiej znane może aż nazbyt dobrze…) czy Melilla: (KLIK), (KLIK). Być może najbardziej znanym – a w każdym razie najdłużej funkcjonującym w hiszpańskojęzycznym Internecie – jest jednak cykliczny, obecnie nieaktywny, „Konkurs Legend Miejskich” (wbrew pozorom, również o wolnej tematyce) organizowany przez Pola de Siera, miasto w Asturii (Hiszpania), liczące zaledwie 12 615 mieszkańców…(KLIK). Tym samym Pola de Siera, kropeczka tak mikroskopijna na mapie świata, że chyba tylko entomolog mógłby ją dostrzec, wskoczyła raźnie na wyżyny literackiego krajobrazu Hiszpanii. Liczę na to, że również polskie miasta dostrzegą korzyści z organizowania konkursów mikroopowiadań, a niechby nawet i z początku kazali pisać o Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu… Myślę, że tylko wypatrywać takich turniejów, bo pierwsze przedsmaczki już są – na Mikołajki chociażby wrocławskie MPK przeprowadziło konkurs na limeryk (z „książką”, „tramwajem” i „Mikołajem” w treści), i choć nadesłane teksty wyświetlane były na autobusowych ekranikach w tempie uniemożliwiającym lekturę, to jednak docenić należy pomysł i gest. Słyszałam także, że w Łodzi umieszczono w komunikacji miejskiej aforyzmy i filozoficzne cytaty, na krótko – nie podobały się ponoć kibicom pewnej drużyny, czemu aktywnie kibice owi dali wyraz – ale jednak.

Na koniec jedno z mikroopowiadań o tematyce miejskiej, z kraju miast szczególnych, łączących ogrom szpetoty i nędzy z przepychem bogatych dzielnic nowo-kacyków. Jak zwykle warto zwrócić uwagę na tytuł, sytuujący nas w przestrzeni, i na zakończenie, które można intepretować jako odsyłające w sferę fantastyki, ale też odczytywać jako bolesną, aż nazbyt rzeczywistą konstatację wartości istnienia pojedynczego, żyjącego w nędzy człowieka.

Z kronik miasta

Nikt nigdy nie zwracał na niego uwagi. Popychano go, deptano, zamykano mu drzwi przed nosem. Tego dnia spędził całe godziny czekając, aż urzędnik wysłucha wszystkich prawd, które czuł się zobligowany mu przekazać. Musiał odejść, kiedy wszyscy opuścili biura i zobaczył, że noc zastała go siedzącego na taborecie.
Kiedy o świcie dotarł do swego domu z puszek i strzępów kartonu, kiedy zobaczył w oddali miasto niczym strużkę oświetlonego mleka, powiedział do siebie: Nie denerwuj się. Wszystko się zmieni, kiedy przestaniesz być niewidzialny.

Jairo Aníbal Niño, “De las crónicas de la ciudad”, opublikowane w: Puro pueblo. Bogotá: Panamericana Editorial, 1997 oraz tu: (KLIK)
(tłum. ADK)

O względnej pojemności tekstu

SONY DSC

Wśród formalnych cech mikroopowiadań Francisco Álamo Felices (zob: http://pendientedemigracion.ucm.es/info/especulo/numero42/microrre.html) wymienia esencjonalną konstrukcję przestrzeni i jej anty-opis, stopiony w jedno z rozwojem narracji. W opozycji do klasycznej triady (zawiązanie, rozwój i rozwiązanie akcji) mikrofikcja proponuje nieco rozmyty dyskurs narracyjny, w którym trudno złapać ostrość na jeden konkretny fragment. Za pan brat z postmodernizmem narracyjnym, nasz gatunek chętnie przygarnia jego cechy: szybkość, skondensowanie i fragmentaryczność. Syntetyzacja czy minimalizacja wszystkich komponentów formalnych tekstu sprawia, że powstają rozwiązania atrakcyjne właśnie ze względu na ich “architektoniczny ekstremizm”. Ostatecznym celem jest zawsze optymalizacja efektów diegetycznych i pragmatycznych.

Syntetyzacja nie nakłada, rzecz jasna, ograniczeń – wręcz przeciwnie, dzięki uniwersalizacji dyskursu i otwarciu go na to, czego w tekście nie doprecyzowano, przestrzeń zdaje się rozciągać w nieskończoność. To, co “nieopowiedziane” (hiszp. desnarrado, ang. disnarrated – termin zaproponowany w 1988 roku przez Geralda Prince’a) obejmuje wszystkie możliwości i opcje rozwoju narracji, to, co mogłoby się wydarzyć i rzuca – z oddali równoległego wszechświata – cień na przebieg historii. Tym samym współrzędne opowieści wykraczają poza wszelkie znane ramy i pozwalają autorowi i czytelnikowi na odrobinę przestrzennego szaleństwa.

Tak pisze o tym w jednej z mikrofikcji Ángel Olgoso, jeden z hiszpańskich mistrzów mikroopowiadania:

 Przestrzeń

Dla Miguela Ángela Muñoza

           Napisałem opowiadanie na trzy linijki, i w rozległości jego przestrzeni żyli sobie wygodnie słoń z buszu, kilka piramid, stado płetwali błękitnych ze swym oceanem odwiedzanym przez albatrosy i huragany, i czarna dziura pożerająca galaktyki.           

            Napisałem powieść ma trzysta stron, i nie mieściła się tam nawet szpilka, wszystko tłoczyło się w owej obskurnej pułapce na myszy, były tam ciosy łokciem i pola minowe, błądzące tłumy, które umierały i rodziły się na nowo, zagubione ładunki, fakty, które plątały się i rozplątywały jak nieskończona królowa, wątki świadomie wykrwawiane w poszukiwaniu ostatniej kropli, świeżego powietrza było jak na lekarstwo, jedna po drugiej następowały po sobie paniczne ucieczki tysięcy nieistotnych szczegółów, podłoga tego wszechobecnego i zduszonego chaosu pokryta była trocinami tych samych myśli, mielonych wciąż na nowo, drzewa były genealogiczne, miejsca – pospolite, a słowa – ciężkim, ołowianym śrutem, który bezlitośnie gromadził się w stos na umierającym czytelniku, aż do pogrzebania go.

 Ángel Olgoso, Astrolabio, Cuadernos del Vigía, Granada, 2007

oryginał znajduje się tu: http://revistamicrorrelatos.blogspot.com/2013/07/espacio.html

Hiszpania tamtych lat…

UnbekannteJpeg

„Toledo”, Das unbekannte Spanien, s. 148

Trafił do mnie kilka tygodni temu album – przechowywany gdzieś na zakurzonych rodzinnych półkach, odziedziczony po Prababci, która w wieku dziewięćdziesięciu paru lat wciąż zachwycała naturalnie kruczoczarnym kolorem włosów. Das unbekannte Spanien, autorstwa Kurta Hielschera, to książka pełna czarno-białej Hiszpanii lat dwudziestych, czyjejś spalonej słońcem i pobielonej wapnem teraźniejszości, która dzisiaj jest już tylko wspomnieniem. Wydany w 1930 roku w Berlinie przez Atlantis Verlag jest niezwykłym świadectwem obiektywu dedykowanym królowi Alfonsowi XIII, zmuszonemu do opuszczenia kraju zaledwie rok później (co ciekawe, wkrótce po wyjeździe z Hiszpanii król Alfons przebywał przez jakiś czas w Sopocie).

Hiszpania tamtych lat, a zwłaszcza Andaluzja – region, który szczególnie fascynował Kurta Hielschera – inspirowała też pierwszy rozkwit mikroopowiadań, teksty Lorki i Jiméneza, dziś uważanych za klasyków gatunku. Hielscher urodził się w Striegau, dzisiejszym Strzegomiu, a Juan Ramón Jiménez poświęcił jedną z krótkich narracji dziewczynce polskiego pochodzenia…

Marylka i motyl
(Dziewczynka bez niego)

Marylka Santullano, polska Asturyjka, szukając, jak zawsze – zielone oczy wyskakujące ku ziemi, chciwe, obładowane, czerwone rączki, pociągając w roztargnieniu nosem – szukając na ziemi szkiełek, robaczków, patyczków, czegóż jeszcze?, znalazła u podnóża topoli białego, na wpół umarłego motyla.

Chwyciła go, otarłszy o fartuszek powalane ziemią ręce, z niewinnością dziewiczej delikatności, co „chce być” delikatna i, biegnąc, złożyła go na wielkiej stokrotce:

„Tutaj. Żeby sobie przyjemnie umarł”.

Ręce założone na plecach, splecione nerwowo palcami, wystawiając brzuszek, z opuszczoną głową, poszukała swoimi morskimi oczyma moich oczu, pewna, bez zastanowienia, że zrobiła wielką rzecz, godną odległego don Francisca, godną obecnego mnie.

Chwilę później, zapomniani natychmiast przez motyla… nie było go już na stokrotce. Zjadł go ptak? Ożył pod wpływem kwiatu poruszonego bryzą? Porwało go powietrze w kolejnym podmuchu? Czy po prostu wyparował, jakby był z rosy, w cudownym wniebowstąpieniu z duszy kwiatu, przez świetliste, wiosenno-jesienne niebo? Przypomniałem sobie motyla ze śmierci Srebronia, którą don Francisco czytał mi podczas ostatnich odwiedzin.

Nieświadoma Marylka, której cień wydłużało na pagórku niskie słońce – wieś kwaśno-zielona, z kwaśno-czerwonym murem z cegieł – patrzyła na mnie, zaskoczona, mówiąc mi niespokojnymi dłońmi to, czego nie mogła i nie umiała powiedzieć ustami. Jej wyjaśnienie było bardziej pewne, było wszystkim, bo nie było niczym. I, jako że nie było niczym, jako że było wszystkim, przekonywało ją, i mnie przekonywało.

Juan Ramón Jiménez
(tłum. ADK)

Wiosna i microrrelatos.blog.com

SONY DSC

Z okazji wiosny rozpoczęły się w Instytucie Filologii Romańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego warsztaty mikroopowiadań, a z okazji warsztatów strona mikroopowiadania.pl odnotowała mały przestój – pracujemy nad kilkoma projektami równocześnie i publikujemy chwilowo na innym portalu.

Zapraszam na www.microrrelatos.blog.com – czasopismo o mikroopowiadaniach, pisane przez studentów IFR, na razie w budowie, jeszcze trochę niedopracowane, ale już tryskające na prawo i lewo ciekawymi tekstami, linkami, tłumaczeniami tekstów. Głównym językiem strony jest hiszpański, ale w dziale “Traducciones – práctica” znajdziecie próbki tłumaczeń studentów. W przygotowaniu cała mikro-antologia, którą zamieścimy do ściągnięcia na stronie czasopisma. Co oprócz tego? Wywiady z autorami mikroopowiadań, linki do ich blogów, ciekawostki z wirtualnego świata, filmy ilustrujące mikroopowiadania – zarówno te wyszukane na youtube.com, jak i te, które sami zmontowaliśmy i tam zamieściliśmy. A będzie jeszcze więcej.

W przygotowaniu jest już nowy tekst na mikroopowiadania.pl, a tymczasem wiosennie zapraszam na www.microrrelatos.blog.com.

SONY DSC

Tu kot zamknięty, a tam pies pogrzebany

SONY DSC

Aquí hay gato encerrado (Tu jest kot zamknięty).

Wspominałam już kiedyś, że w przypadku mikroopowiadań pies jest pogrzebany (czy, w wersji hiszpańskiej, kot zamknięty) w ich jakości. Bo, powiedzmy to sobie od razu, każdy może napisać mikroopowiadanie – ot, był ktoś, zrobił coś, skończyło się. Żeby stworzyć powieść, albo nawet opowiadanie, potrzeba – fizycznie – więcej czasu, trzeba przemęczyć się nad kilkoma (kilkuset?) pustymi białymi stronami i jakoś je zapełnić, i przez to ogromny procent ludzkich makówek już nie przebrnie. A nasza minifikcja? Ot, dwie minuty paraintelektualnego wysiłku po całym dniu ciężkiej pracy nad utrzymaniem stanu pustki i głupoty w umyśle – i już, proszę! I tu właśnie ten kot, bo jak ponoć skonstatował Wiktor Hugo, „głupcem wolno być każdemu, ale pod jednym warunkiem – by nie dawał złego przykładu”. Niestety, przykłady się mnożą, a liczne konkursy wręcz zachęcają abderytów do dorzucania swoich trzech groszy.

Już pod koniec XIX wieku, u zarania hiszpańskich mikroopowiadań, zadumał się nad tym przy lekturze porannej gazety Clarín (Leopoldo Alas), autor bynajmniej nie krótkiej powieści – Regentki. Prasa cięła, jak mogła, kolumny przeznaczone na twórczość literacką (kryzys, oczywiście!), więc i opowiadania karlały. Sam Clarín pisywał też teksty tego gatunku i kręcił nosem nad ograniczeniami, a nowości w periodykach, im krótsze, tym bardziej zdawały mu się odarte z literackiego powabu. Nie tylko jemu – w jednej z najpopularniejszych dziś gazet hiszpańskich, El País, ukazało się 18. lutego 1894 roku prześmiewcze „mikroopowiadanie” – satyra na nową, dziwną modę „krótkości”:

Artur urodził się w 188… Uczył się nadzwyczajnie, uwiódł Aureę, miał sześć pojedynków, zabił Mendozę, ożenił się z Elizą, popłynął do Ameryki, rozbił się na Pacyfiku, mieszkał na bezludnej wyspie, polował na lwy w górach Atlas, walczył przeciwko Anglikom, awansował na generała, miał dziesiątkę dzieci i umarł w wieku dwudziestu pięciu lat[1].

(tłum. ADK)

Ten opór i wątpliwości przetrwały do dzisiaj, choć krytycy mikroopowiadań uznają je za bezzasadne wobec faktu, że powstały i nadal powstają krótkie narracje na wysokim poziomie artystycznym. Tym samym skazywać całą minifikcję na pogardę ze względu na pewien, choćby niemały, odsetek samozwańczych gryzipiórków nędznej jakości, to jak przekreślić powieść jako gatunek tylko dlatego, że niektórym podoba się pisać i czytać tandetne romansidła czy, co gorsza, rozmarzać się nad pięćdziesięcioma obliczami tego czy tamtego jegomościa. Widać, wedle owych krytyków, więcej uczciwych mikropisarzy niż sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze.


[1] Cyt. za D. Rodenas de Moya,  “Microrrelato en la estética de la brevedad del Arte Nuevo”, w: Irene Andres-Suárez, Antonio Rivas (eds.) La era de la brevedad. El microrrelato hispánico. Palencia, Menoscuarto: 82-83.

Akcent polski

Tam gdzie dzieje się historia, nie może zabraknąć Polaków – choćby i była to historia gatunku literackiego, który omijamy uważnie i szerokim łukiem. Dzieje mikroopowiadań zawierają drobny akcent (prawdopodobnie) polski. Prawdopodobnie, bo jako wskazówka, z braku literatury i – co gorsza! – niemal całkowitej nieobecności w sieci, posłużyć mogą tylko imiona i nazwisko rodowe. Z dumą zatem przedstawiam rosnącym szeregom czytelników i fanów mikroopowiadań:

Panie i Panowie, Gaston de Pawlowski we własnej osobie!

Autoportret

Gaston de Pawlowski, autoportret

Pełne miano tego francuskiego pisarza o jakże zacnym obliczu brzmi: Gaston William Adam de Pawlowski, i właśnie owo “-ski”, a także imię Wieszcza, przykuło moją uwagę. Milczą nim polskie encyklopedie, milczą i hiszpańskie, Francja zaś naturalizuje w pełni Gastona i ani się zająknie na temat jego pochodzenia, mściwa z powodu Chopina i Curie-Skłodowskiej. Syn inżyniera Alberta de Pawlowski, młody Gaston dorasta pod koniec XIX wieku na paryskich ulicach, gdzie dopada go i opanowuje duch bohemii.

Szczególne poczucie humoru tego błyskotliwego ekscentryka objawia się na łamach francuskich czasopism, gdzie Gaston prowadzi kolumnę poświęconą wyimaginowanym wynalazkom, takim jak: bumerang, który nie zawraca aby uniknąć wypadkow, mydło naszpikowane gwoździami niczym jeż, aby się na nim nie poślizgnąć, gazeta z kauczuku, która nie zmoczy się w wannie, fluorescencyjna dziurka od klucza, aby pijani mogli w nią trafić, kieszonkowy metr krawiecki długości 10 cm, czy wreszcie buty z dziurą w podeszwie, aby woda, która do nich trafi, mogła swobodnie wypływać. Opis tych “obiektów niemożliwych” opublikowany jest w całości w książeczce wydanej po raz pierwszy w 1916 roku, i ponownie w roku 2009: Inventions nouvelles et dernières inventions.

Inventions

W tej zabawnej, ilustrowanej książce spotykamy drobne perełki narracyjne: mikroopowiadania o osobliwych wynalazkach Gastona, jedne z pierwszych krótkich narracji w historii. Niech nas ucieszy jedno z nich:

Pomniki o wymienialnych głowach

Wobec kłopotów, które spowodowało w Paryżu bezładne wznoszenie posągów, Rada Miasta postanowiła zamówić różne modele pomników, zaopatrzonych w wymienialne głowy i inskrypcje.
Koncesja na pomnik będzie przyznawana na dziesięć lat, po upływie którego to terminu poczynione zostaną zmiany zgodne ze smakiem i gustem epoki. Warto dodać, że sygnatariusze zapłacą wyłącznie cenę głowy i wynajmu ciała.

 

Gaston de Pawlowski
(tłum. z hiszpańskiego ADK)


Tłumaczenie z hiszpańskiej wersji tekstu umieszczonej w artykule D. Ródenasa de Moya, “Microrrelato en la estética de la brevedad del Arte Nuevo”, w: Irene Andres-Suárez, Antonio Rivas (ed.), La era de la brevedad. El microrrelato hispánico, Palencia 2008, str. 86-87.

Mikroopowiadania…
minihistorie…
mikrofikcje…

Coraz mniejsze i węższe szufladki mieszczące skoncentrowany szelest słów tworzących Opowieść. W kilku słowach, może kilkudziesięciu, na pół stroniczki, na jedną – tak, by objąć cały tekst jednym spojrzeniem, by ucieszyć duszę zakończeniem, gdy oczy jeszcze trwają przy początku. „Wszechświat zamknięty w jednej iskrze” – ale takiej, która w każdej chwili może rozgorzeć żywym płomieniem i stać się na powrót Wszechświatem. Tak właśnie postrzegał perfekcję jeden z najwspanialszych hiszpańskich władców piór, Juan Ramón Jiménez, przeciwny czczej gadaninie tych wstrętnych plotkar – powieści.

Początkowo nieopierzone fabularnie dzieci niewielkich próz poetyckich, z entuzjazmem skrobanych na paryskich serwetkach przez symbolistów niechętnych sztywnemu gorsetowi wersów, „krótkie narracje”, jak je określał w drugiej dekadzie XX wieku Jiménez, stopniowo nabierały epickiego polotu. Miejsce i czas, bohaterowie… i Akcja…! – choćby nieznaczne przetasowanie się elementów Wszechświata, zakończone iskierką polotu, przykuwającą oko puentą… i oto obok anegdot i aforyzmów narodził się gdzieś na granicy między Francją a światem hispanistycznym zupełnie nowy gatunek.

We wrzącym politycznie kotle Półwyspu Iberyjskiego bulgotały już zaczątki bratobójczych walk, kiedy przedstawiciele hiszpańskich –izmów bawili się jeszcze w Madrycie, szukając w gościnnych salonach Residencia de Estudiantes idealnego Piękna, zagubionego gdzieś za progami Sztuki. Choć jeszcze o tym nie wiedzieli, niektóre z pisanych przez nich tekstów mieściły się w ukształtowanej już formie, wyrobionej w rękach francuskich mistrzów zgromadzonych na Montmartrze wokół kabaretu Le Chat Noir, choćby Alphonse’a Allaisa, a nawet jego pianisty Erika Satie. W którymś z literackich czasopism tej pełnej ferworu epoki znalazła się narracyjna miniaturka autorstwa kompozytora, zatytułowana „Robinson Cruzoe”:

Nocą zjedli swą zupę i poszli na brzeg morza wypalić swe fajki. Dym tytoniu sprawiał, że ryby kichały. Robinson Cruzoe nie bawił się dobrze na swojej odludnej wyspie. „Doprawdy, jest zbyt odludna”, powiedział. Piętaszek, jego Murzyn, był tego samego zdania. Powiedział swemu panu: „Tak, szefie; odludna wyspa jest doprawdy zbyt odludna”. I kołysał swą na wskroś czarną łepetynę.[1]

 

Bibliografia
Andres-Suárez, Irene (2010) El microrrelato español. Una estética de la elipsis. Palencia, Menoscuarto.
Jiménez,  Juan Ramón (2009) Cuentos largos (1906-1949). Crímenes naturales (prosas tardías 1936-1954). Madrid, Visor.
Lagmanovich, David (2006) El microrrelato. Teoría e historia. Palencia, Menoscuarto.
Ródenas de Moya, Domingo (2008) “Microrrelato en la estética de la brevedad del Arte Nuevo”, en: Irene Andres-Suárez, Antonio Rivas (eds.) La era de la brevedad. El microrrelato hispánico. Palencia, Menoscuarto: 77-121.

[1] Z hiszpańskiego przetłumaczyła ADK, tekst ukazał się oryginalnie w numerze zadedykowanym Erikowi Satie i jego przyjaciołom, w czasopiśmie La Revue Musicale (Paryż, Ricard-Masse Editers, 1952).