Sjensja-fiksjon

UFO

Zdjęcie O.V.N.I. (czy UFO): ALAMY KLIK

Tak brzmiałoby w mocno uproszczonym i niepoprawnym zapisie fonetycznym hiszpańskie określenie na świat science-fiction. Polscy nie-hispaniści będą, być może, zadziwieni w swym narodowym umiłowaniu do anglicyzmów, natomiast znawcy i pół-znawcy kultury iberyjskiej pokiwają tylko głowami – niczego innego nie spodziewali się po nacji, która stosuje z zamiłowaniem tłumaczenia i własne skróty. I tak, zamiast obwiniać o epidemię świńskiej grypy WHO, Hiszpanie (dość bezczelnie, powiedzmy sobie, zważywszy na fakt, że pamięć o hiszpance jeszcze nie zginęła) będą mieć pretensje do OMS (Organización Mundial de la Salud). W imieniu Półwyspu Iberyjskiego o etyce stosowania bezzałogowych dronów będzie dyskutować z Obamą nie NATO, lecz OTAN (La Organización del Tratado Atlántico Norte), podczas gdy tracący kontakt z rzeczywistością wielbiciele ciencia ficción (science-fiction) powiedzą, że to nie drony widać na niebie, lecz – uwaga, zupełne szaleństwo! – O.V.N.I. (objeto volador no identificado – hiszpański zamiennik UFO, dosłownie oznacza to po prostu „obiekt latający niezidentyfikowany”, czyli wszystko się zgadza).

O.V.N.I., choć podobno coraz rzadziej widywane, jakoś nie dają się zbić z trajektorii, i wlatują szerokim, migającym światełkami strumieniem także do uniwersum mikrofikcji. Ciekawe informacje przede wszystkim o poezji SF znaleźć można na stronie www.mikrosf.com (KLIK) – ujawnienie się przez jej autora w komentarzu na mikroopowiadania.pl bardzo mnie ucieszyło, staram się bowiem – zazwyczaj syzyfowo – tropić wszystko, co z mikro-literaturą ma wspólnego w polskim obszarze językowym Sieci. Nie jest tego dużo, tym bardziej więc cieszy ten przebłysk podobnych zainteresować z równoległego wszechświata.

Z okazji tego szczęśliwego spotkania warto nadmienić, że krótkie narracje dzielą się na podgatunki (niezmiernie śmieszy to pewnego znanego mi prześmiewcę, który nie może się nadziwić, że „takie małe, a jeszcze się dzieli!”), wśród których mikroopowiadania fantasy i science-fiction zajmują miejsce poczesne i doceniane. Duża część blogosfery poświęcona jest takiej właśnie twórczości, czy to w języku hiszpańskim (np.KLIK), czy w angielskim (np.KLIK). Jak to zwykle z mikroopowiadaniami bywa, nie brakuje też konkursów, w tym zeszłorocznego konkursu z przyszłości: „Microrrelatos de Ciencia-Ficción 2051”, w którym wygrać można było internetowy kurs w Escuela de Escritores (Szkole Pisarzy) oraz przyjemną sumkę 500 €. Zwycięska narracja, choć napisana nieco zużytym językiem o oklepanym liryzmie, ma jednak pewien urok melancholii, który każe czekać z niecierpliwością, aż do mikroopowiadań SF wezmą się mistrzowie gatunku.

Łzy Harlana

24/06/2051. Łza ześlizgiwała się powoli po policzku Harlana Morrisona, profesora zakładu Archaicznych Przejawów Artystycznych w Institute of Information Uniwersytetu Stonage. Harlan uczył swoich studentów interpretowania informacji z przeszłości za pomocą kina. Leżąc w swym łóżku powtarzał, nie wymawiając ich, ostatnie słowa sceny z Blade Runner, wyświetlanej na zenitalnym ekranie w jego klitce: „… wszystkie moje wspomnienia zostaną zagubione, niczym łzy pośród deszczu… pora umrzeć”. Cisza wypełniła pokój po tym, jak obraz rozmazał się, a potem zniknął. Po umyśle Harlana dryfowały słowa repliki: „Pora umrzeć”. Kiedy miał 28 lat, Harlan otrzymał swój pierwszy nanoimplant pamięci. Musiał oszczędzać niemal dekadę, by zebrać wystarczającą ilość pieniędzy, ale dzięki temu i kolejnym implantom zdobył stanowisko profesora. Od lat uniwersytet nie przyznawał dożywotnich tytułów. Uznanie szybko gasło, było płynne i niestabilne. Ale przede wszystkim – nie było już rzeczą pojedynczych osób. Wszystko co należało wiedzieć znajdowało się w Cloudnet, cyfrowej chmurze kontrolowanej przez Micronet Incorporated. Mózg Harlana osiągnął już swoją granicę. Nie mógł przyjąć więcej implantów pamięci. Jeszcze tylko przez rok zachowa swoją pracę. Potem się “zdezaktualizuje” i zostanie zastąpiony. Wyciągnął prawą rękę, by sięgnąć do klawiatury swego unitu kontroli neuronalnej i wpisał hasło dostępu. Kolejna łza ześlizgnęła się po jego policzku, tym razem szybko, popychana przez grawitację w stronę poduszki. W przyległym pomieszczeniu jego koleżanka Loys usłyszała, jak Harlan powtarza, sylaba po sylabie, powoli, wypełniając sensem każde słowo aż napęczniały rezygnacją: „Pora umrzeć”. Harlan Morrison położył klawiaturę na swej piersi. Chwilę później klawisz „Delete” ustąpił pod naciskiem jego palca wskazującego. W tym samym momencie wszystkie jego wspomnienia również zostały zgubione, jak łzy w deszczu.

José Ignacio del Barco Gutiérrez-Zamora
(tłum. ADK)

To i inne opowiadania konkursowe (w oryginalnej, hiszpańskiej wersji) dostępne są tu: (KLIK).

pióro

zdjęcie ze strony konkursu:
KLIK

Jak napisać mikroopowiadanie

SONY DSC

Pisanie mikroopowiadania przypomina raczej tworzenie wiersza niż powieści – potrzebny jest błysk natchnienia, który zmieści się w niewielkiej narracyjnej foremce. Najlepiej, by był to cup cake – smakowity z wyglądu, z soczystym, zaskakującym nadzieniem, uwieńczony efektownym, lecz wytwornym zawijasem crème

Choć każdy musi podążać własną – wąską! – ścieżyną wiodącą ku skomponowaniu narracyjnego mini-arcydzieła, nie sposób oprzeć się czasem pokusie rzucenia okiem na szlaki innych, szczególnie tych, którzy dotarli już do celu. David Gaffney, brytyjski powieścio- i mikropisarz, zdradził kiedyś w artykule dla Guardiana (KLIK) kulisy swojej przygody z flash fiction. Jej początek wiąże się z płodnym epicko motywem podróży pociągiem. W tym wypadku nie było to jednak nielegalne wskakiwanie na wagony z tłumem obdartych imigrantów o groźnie wystrzępionym wąsie, lecz najzwyczajniejsze na świecie codzienne przemierzanie tej samej, niemal godzinnej trasy między Manchesterem a Liverpoolem. Gaffney postanowił wykorzystać ten czas, kalkulując sobie w brytyjsko rozsądny sposób, że tworząc w statecznym tempie 1000 słów dziennie (500 na trasie w jedną, 500 w drugą stronę), w ciągu kilku miesięcy miesięcy napisze zacną, wcale niekrótką książkę.

Po jakimś czasie pisarz zdał sobie sprawę, że zamiast powieści powołuje do życia bohaterów krótkich opowiadań, liczących 1000 słów każde. Zrezygnowany, postanowił zarzucić swój racjonalny pomysł i wrócić do tradycyjnych podróżnych lektur, natknął się jednak w Internecie na stronę Phone Book, która potrzebowała narracji o 150 słowach, nadających się do wysyłania smsem. Gaffney podjął wyzwanie i zaczął skracać w czasie jazdy swoje teksty. Początkowo z bólem serca, z każdą kolejną stacją przekonywał się, że przykrawanie i obcinanie wychodzi opowiadaniom na dobre!

W artykule dla Guardiana dal kilka wskazówek tym, którzy zdecydują się pójść w jego ślady:

  1. Zacznij w środku opowieści.
  2. Nie wprowadzaj zbyt wielu postaci.
  3. Upewnij się, że zakończenie nie jest na końcu.
  4. Wyciśnij ostatnie poty z tytułu.
  5. Zadbaj o to, by ostatnia linijka tekstu brzmiała jak bicie dzwonu.
  6. Pisz długo, a potem skracaj.

Na zakończenie tłumaczenie jednego z mikroopowiadań Davida Gaffney’a, z książki „Sawn-off tales” (opowiadanie w wersji oryginalnej dostępne tu: (KLIK). Uważny czytelnik może sprawdzić, czy pisarz gra według własnych reguł!

kot

 Ładny, czyż nie?

Pani Kalinsky przemówiła przez kłęby dymu wydobywające się z papierosa, którego wciąż unosiła do boku głowy. „To jest Alfred”. Tłusty, rozpieszczony kot spojrzał na nią. „Jest ubezpieczony na dwa tysiące”. Jej długie, obciągnięte nylonem nogi wydawały syczący dźwięk gdy je krzyżowała i rozkrzyżowywała. „Dwa razy więcej jeśli zostanie przejechany”. Pogłaskała spasioną górę futra. Żaluzje rzucały cień, który uniemożliwiał odczytanie wyrazu jej twarzy.

Nie mogłem tego jednak zrobić. Potem, dwa tygodnie później, na drodze wyjazdowej A556 z Eccles, rozpłaszczono rudego kota. Zdrapałem go do torby na śmieci, zafarbowałem mu futro na kolor, jaki miał Alfred, i zaniosłem go do weterynarza pani Kalinsky.

Nie widziałem się z panią Kalinsky przez kilka kolejnych tygodni, nie otrzymałem też nigdy mojej działki. Potem, z okna policyjnej furgonetki, dostrzegłem ją w restauracji z weterynarzem, pijącą wino. I śmiejącą się.

David Gaffney
(tłum. ADK)

Perły przed wieprze: flash fiction trailer

„Dawno, dawno temu, w czasach współczesnych, na piedestał chwały wspiął się najmłodszy syn kultury, Obraz. Stał tam sobie dumnie i kpił ze swego zdziadziałego już nieco brata, Słowa, nurzającego się w błocie u jego stóp. Słowo jednak, pełne pokory, czepiało się rąbka sukni nieczułych przechodniów, z nadzieją, że ponownie ich zachwyci i przywrócą mu utracony blask. Gdy przechodnie uparcie dawali posłuch płaskim, kolorowym migawkom, sączącym się płynnie w ich leniwe umysły, zdesperowane Słowo postanowiło zawalczyć bronią wroga – i tak narodził się book trailer.

Słowo nie walczyło zbyt dobrze – nie miało środków, którymi dysponowały wielkie ryby show biznesu, trzepoczące się dumnie na końcach kubańskich cygar podpalanych usłużnie przez Obraz. Jego obrazki, choć ruchome, były zbyt powolne i za nudne, by przyciągnąć na dłużej uwagę przechodniów, ale nawet te kilka sekund uwagi, błysk w oczach gapiów, przelotne zainteresowanie cieszyły Słowo. Ze stu oglądających book trailer może jeden, może pół przechodnia pochylało się nad okładkami, między którymi kryło się Słowo, nieliczni pozwalali umysłowi na trud – tfu! – czytania. Lecz Słowo nadal próbowało…”

SONY DSC

Jak zakończy się ta historia? Czy Słowo przyciągnie nowych adeptów i nawróci marnotrawnych synów, czy też pozostanie ze swoją własną grupą wiernych miłośników tekstu i druku? Czemu w ogóle mają służyć book trailery – filmowe zapowiedzi książek? I co się stało z piękną zasadą, by nie rzucać pereł przed wieprze?

Z drugiej strony – spójrzcie tylko na te słodkie, świńskie mordki o pustych oczkach jak szylkretowe guziki. Jak można się nad nimi nie ulitować i nie próbować namówić ich, choćby podstępnie, na kapkę lektury? Może te kiepskie animacje i budząca grozę muzyka jakoś dodadzą im otuchy w czasie najtrudniejszych przecież zmagań z pierwszymi linijkami druku? Ot, choćby kilka okrzyków w zapowiedzi powieści kryminalnej Agnieszki Pietrzyk, stylowo zatytułowanej Pałac tajemnic:

Na szczęście są też book trailery dla nałogowych pożeraczy literatury – profesjonalnie przygotowane urywki recenzji, opinie i fragmenty wywiadów z autorem dla tych, którzy czytać chcą i potrafią, ale trudno im wybrać z bogatej oferty uginających się półek księgarnianych. Oni chętnie przyjmują podpowiedź, ot, choćby taką, jakiej chcą udzielić twórcy zapowiedzi zbioru mikroopowiadań Jima Breslina, Elephant: Short Stories and Flash Fiction:

 

Najciekawsze są jednak zapowiedzi, które kuszą i obiecują… Kuszą fragmentem tekstu i obiecują więcej, albo, jak w przypadku flash fiction, przyciągają jednym mikroopowiadaniem do kolejnych. Zdecydowanie wolę czytać we własnym tempie, ale taki trailer spełnia swoją rolę – chciałabym dorwać książkę, by móc na spokojnie rozkoszować się przedstawionym mi tekstem:

Dla tych, którzy podobnie chcą rozkoszować się w swoim tempie transkrypcja (bez interpunkcji – w trailerze zastępuje ją intonacja, ale nie będę zgadywać):

Chuck Wendig, „Mockingbird”

I met her at a bar
Young girl
Younger than me anyway
Eyes like hot coals, hair like she’d french kissed a car battery
We did shots for a while
Cheap shit canadian whiskey
So cheap it didn’t even have a brand
We laughed told dirty jokes
Spun a couple sad stories too
Around midnight she finally told me her name
Said I’m Miriam Black and I bet 50 $ I can tell you how you’re gonna die
I laughed she said dead serious it’s true
Bull shit
All I need to do is touch you
Than she says all sexy-like with a playful wink
Can I touch you?
I laughed even harder braying like a donkey at the thought of this girl wanting to touch and hold fucked up mummy like me but I said Yeah okay sure honey
She laid her hand over mine
She seemed cold but her hand was warm
Only took a second
Then she told me the how and the when of my final tap dance off the end of the reaper’s naughty bits
Afterwards Miriam said always keep that 50 in your pocket
Then she winked and was gone
Now here I am just like she said I slipped on a patch of ice outside the farmhouse cracked my head good
I feel the blood on my neck wetting my shoulders
As I’m lying here watching a squadron of geese fly overhead who shows up little miss Miriam Black
She comes up to me kneels down smiles reaches into my pocket feels around
It’s too cold for me to get a thrill
Pulls out that $50 I put there
She whispers I won the bet
Miriam stays with me a while as the sun starts to slide down behind the horizon and she kisses me on the forehead tells me it was good meeting me it’ll all be over soon
Now she’s gone now I suppose it’s time

Literatura w metrze

Mój kolega jeździ metrem po Madrycie i, zamiast miniaturyzować wzrok na nanoliterkach stron w przeglądarce smartfonu, przygląda się ludziom przefiltrowanym przez sztukę, czyli fragmentom literatury umieszczanym przez madryckie Metro na ścianach pociągów. Nie mówimy tu o jednej linii biegnącej zalanym tunelem przez (prawdopodobnie) wypełnione minami powojenne bunkry, ale o naprawdę rozbudowanej Sieci transportu, docierającej w wiele zakątków miast, przewożącej miliony ludzi spędzających dziennie w metrze od dwudziestu minut do godziny.

Metro_Bibliometro

Plan metra KLIK i jedna z jego bibliotek KLIK

Takiej grupie ludzi można (trzeba!) zaproponować Kulturę, dlatego Metro de Madrid wprowadziło między innymi system całkowicie darmowych bibliotek, w myśl starego przysłowia zaprzyjaźnionej kultury: „Nie przyszedł Mahomet do góry, to przyjdzie góra do Mahometa”. Bibliometros, znajdujące się na 12 stacjach, mają kilka nieocenionych zalet, przede wszystkim taką, że książki wypożyczać można niejako przy okazji, dodając do czasu stałego przejazdu nie więcej niż pięć minut. Pozwalają cieszyć się literaturą tym, których przeraża wizja przekroczenia progów ogromnych Gmachów Wiedzy (albo takim, co pracują w godzinach ich otwarcia…). Usługa jest całkowicie darmowa, a kartę użytkownika może wyrobić każdy Hiszpan i nie Hiszpan. Zainteresowanym i wybierającym się w niedługim czasie do Madrytu polecam stronę, na której znaleźć można stosowne katalogi (KLIK)

W Bibliometro można wypożyczyć, oprócz książek, dwumiesięcznik Cuentos para el andén, czyli Opowiadania na peron, publikujący, jak można się domyślić, krótkie narracje mogące zapełnić czas podróżującym… przez te kilka minut do przyjazdu ich pociągu, albo w czasie jazdy od stacji do stacji (strona czasopisma na facebook’u: (KLIK)). Pojawiają się także antologie przeznaczone dla tego samego odbiorcy, niezwykle wdzięczne Krótkie opowiadania do czytania w metrze i Krótkie opowiadania do czytania w autobusie, które doczekały się już także (oczywiście!) wersji „do toalety”.

20130201

Okładki czasopisma i antologii krótkich opowiadań do czytania w czasie krótkich aktywności życiowych…

Metro udostępnia niektóre z opowiadań zaprzyjaźnionego dwumiesięcznika, a także fragmenty innej dobrej literatury, na ścianach swoich pociągów, umilając czas tym, co nie zaopatrzyli się w wyżej wymienione książeczki. Szeroka skala zjawiska skłoniła tę szacowną, choć publiczną instytucję do ogłoszenia własnego konkursu, „Między liniami” (dwuznaczność w pełni zamierzona). W liczbie słów nie większej niż sto należało opowiedzieć historię dla podróżujących, która działaby się w metrze, choć zwyciężczyni podeszła do zadania w przewrotny sposób.

 

MODYFIKACJA

Zdecydowali się wreszcie zmodyfikować wszystkie linie metra i przekształcić je w okrężne, ponieważ ciągły ruch po wirażu przypominał podróżującym szczęśliwą nieważkość karuzel.

Laura Sarrió López
(tłum. ADK)

Opowiadanie w wersji oryginalnej, a także krótkie narracje pozostałych finalistów znaleźć można tutaj: (KLIK)

Mikrorzeczywistość mikroświata

Krytycy mikroopowiadań, analizując przyczynę popularności gatunku wśród czytelników hiszpańskich i latynoamerykańskich, zwykli odwoływać się do – jakże godnych pożałowania! – cech dzisiejszego świata. Biegając między wygodnym, lecz niemal nieużywanym loftem a łasą na czas pracowników korporacją, z kawą na wynos w jednej ręce i z teczką opatrzoną logiem tejże firmy w drugiej, nie mamy ponoć czasu na dłuższe lektury. Ponieważ nie czytamy już gazet w formie papierowej, w drodze do pracy (odbywanej, w dbałości o stan naszej planety, metrem, no, ewentualnie tramwajem) potrzebujemy krótkich impulsów, które w przyjemny sposób pogłaszczą nasz intelekt. I ot, jak znalazł: mikroopowiadania… Chociaż ta wygodna teza tłumaczyłaby w pewien sposób brak zainteresowania Polaków, znanych raczej z niezaprzątania sobie głowy ekologią, ma kilka minusów:

1)      powieści, niezależnie od czasów, mają się zupełnie dobrze

2)     wciąż czytamy papierowe gazety

3)     w metrze/ tramwaju mamy ze sobą smartfony, więc wcale nam nie trzeba
intelektualnych podniet

Jednakże trudno zaprzeczyć, że równolegle do niesłabnącej popularności wielotomowych romansów czy historii rodem ze światów rosnących na paralelnych strumieniach czasu zaobserwować można pewien pęd ku mniejszemu. Fernando Valls, hiszpański krytyk mikrofikcji, mówi o innych polach dominacji „dynamiki minimalizmu” (hiszp. dinámica de lo mínimo), korzystając z maksymy zaproponowanej przez niemieckiego architekta modernistycznego Ludwiga Miesa van der Rohe: „mniej znaczy więcej”. To, co było niegdyś tylko nieśmiałymi miniaturowymi piktogramami, rozwinęło się choćby w artystyczną mikrofotografię, w której mikroskop wykorzystywany jest do robienia zdjęć choćby witaminie C:

GaleriaC

Vitamin C Gallery, zdjęcia © Loes Modderman
KLIK

Nie sposób też zapomnieć o miniaturyzacji komputerów i nanotechnologii. Przy okazji – historia tej ostatniej związana jest właśnie z mikroksiążkami, pomysłem, który zafascynował Richarda P. Feynmana, usiłującego wyobrazić sobie 24 tomy Encyklopedii Britanika zmieszczonych na główce od szpilki. Jedna z ustanowionych przez niego nagród przewidywała 1000 dolarów za zmniejszenie strony do rozmiaru 1/25 000, co pozwalałoby na jej odczytanie tylko pod mikroskopem elektronowym.

W mediach nadszedł czas mikrodziennikarstwa (KLIK), którego wielkim środkiem przekazu jest Twitter, w modzie królują miniówki, i nawet w motoryzacji mówi się o samochodzie-karle, hinduskim Tata Nano (KLIK), ponoć najtańszym samochodzie świata. Nic więc dziwnego – nie dziwi się Fernando Valls – że i w kulturze zdarzają się najrozmaitsze nanowybryki, takie jak jednominutowe filmy kręcone komórką, które doczekały się już nawet własnego konkursu, Movil Film Fest (filmu oglądać można tutaj: (KLIK)). Niczym są już mikropoeci wobec mikroprezenterów tworzących swoje microshowy, i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…

Na koniec nie może zabraknąć oczywiście mikroopowiadania, które, odebrawszy koronę „Dinozaurowi” (KLIK), cieszy się sławą najkrótszego w literaturze hiszpańskiej:

EMIGRANT

Zapomniał pan o czymś? – Oby!

Luis Felipe Lomelí
(tłum. ADK)

 

Mam nadzieję, że czytelnicy, świadomi już tego, jak ważny jest tytuł i własna wyobraźnia, będą umieli należycie ucieszyć się tą nanohistorią.

 

Bibliografia:
VALLS, Fernando (2008) „En torno al microrrelato español: para acabar de una vez por todas con algunos malentendidos”, w: Soplando vidrio y otros estudios sobre el microrrelato español. Madryt, Páginas de Espuma, str. 299-300.

Pławiąc się w blaskach reflektorów

Oscar_dywan

aplikacja Google Earth z 2011 roku, pozwalająca na przejście się po czerwonym dywanie KLIK

Gdyby literatura cieszyła się blaskiem Hollywood, to od kilku lat na gali wręczania Oscarów przechadzałyby się pysznym krokiem po czerwonym dywanie mikroopowiadania. Właściwie, jako gatunek dumny z siebie i zachwycony własną oryginalnością, zorganizowałyby sobie własną uroczystość. Najprawdopodobniej doszłoby na niej do kłótni między stroną hiszpańsko- a angielskojęzyczną, i w kolejnym roku miałyby miejsce już dwie gale. Po każdej z nich rzesze tekstów, niezadowolone z wyników, wysypywałyby się z sali i rozpadały ze złości na pojedyncze literki, ponieważ utwory literackie o najwyższej wartości artystycznej nie uznają kompromisów i charakteryzują się znacznie wyższym stopniem megalomanii niż gwiazdy kina. To dlatego należy cieszyć się, że literatura nie stoi wcale w świetle reflektorów, a jej blichtr przytłumiony jest lekko szlachetną patyną. Każdy tekst pławi się w ciepłym świetle uznania własnych wielbicieli, i równowaga w świecie fikcji zostaje zachowana.

Nie przeszkadza to dostojnie ciężkim członkom rozmaitych komisji wybierać laureatów najróżniejszych mikro-konkursów. Ponieważ jednak brak zgody co do tego, czy ważniejsze są międzynarodowe zawody organizowane cyklicznie przez Museo de la Palabra („Muzeum Słowa”, KLIK), czy może równie międzynarodowy i nawet bardziej cykliczny konkurs Relatos en cadena („Łańcuszek opowiadań”, KLIK), czy jednak jakiś zupełnie inny turniej, poszczególne teksty godzą się na życie w chwiejnej równowadze, przekonane – każdy z nich – o własnej wyższości.

W Internecie pojawiają się tymczasem (na podobnie swobodnej zasadzie pozbawionej statystyk różnorodności) zestawienia najpopularniejszych autorów i mikroopowiadań. Można pokusić się zatem o wręczenie własnych subiektywnych mikro-Oscarów tekstom nominowanym przez masy, o ile masami można nazwać śmiałków, którzy w tym świecie, co od wieków wydaje się „nie być już taki jak dawniej”, porywają się na czytanie literatury. Przedstawiam więc najczęściej spotykane w sieci nominacje na:

 NAJLEPSZE MIKROOPOWIADANIE

  1. CZARNA OWCA (LA OVEJA NEGRA)

W dalekim kraju żyła sobie wiele lat temu czarna Owca. Została zastrzelona. Sto lat później stado, pełne wyrzutów sumienia, wzniosło jej konny pomnik, który znakomicie wyglądał w parku. I tak, w kolejnych latach, za każdym razem gdy w stadzie pojawiały się czarne owce, szybko wysyłano je na tamten świat, aby przyszłe pokolenia zwykłych i przeciętnych owiec mogły także ćwiczyć się w rzeźbiarstwie.

Augusto Monterroso
(tłum. ADK)

     2. SEN (UN SUEÑO)

W pewnym pustynnym zakątku Iranu stoi niezbyt wysoka, kamienna wieża, bez drzwi ani okien. W jej jedynym pomieszczeniu (którego podłoga usypana jest z ziemi, i które jest okrągłe) znajduje się drewniany stół i ławka. W tej okrągłej celi człowiek, który jest do mnie podobny, pisze literami, których nie rozumiem, długi wiersz o człowieku, który w innej okrągłej celi pisze wiersz o człowieku, który w innej okrągłej celi… Proces ten nie ma końca i nikt nie będzie mógł przeczytać tego, co piszą więźniowie.

Jorge Luis Borges
(tłum. ADK)

     3. (JAKOŚĆ I ILOŚĆ) CALIDAD Y CANTIDAD

Nie zakochał się w niej, lecz w jej cieniu. Odwiedzał ją o świcie, kiedy jego ukochana była najdłuższa.

Alejandro Jodorowsky
(tłum. ADK)

     4. LIST ZAKOCHANEGO (CARTA DEL ENAMORADO)

Istnieją powieści, które, nie będąc wcale długimi, nie potrafią porządnie się rozpocząć aż do 50-tej czy 60-tej strony. Niektórym życiom przytrafia się to samo. Dlatego nie zabiłem się przedtem, panie sędzio.

Juan José Millás
(tłum. ADK)

     5. JABŁKO (LA MANZANA)

Strzała wystrzelona z precyzyjnej kuszy Wilhelma Tella dzieli na dwie części jabłko, które ma właśnie spaść na głowę Newtona. Ewa bierze jedną połówkę i podaje ją swemu małżonkowi ku uciesze węża. W ten oto sposób nie zostaje nigdy sformułowane prawo powszechnego ciążenia.

Ana María Schua
(tłum. ADK)

Choć żadne z tych mikroopowiadań nie należy do moich ulubionych, ukazują niewątpliwie przekrój najczęściej stosowanych mechanizmów – tak, tak, w krótkich narracjach wiele jest tego rodzaju zaawansowanej techniki. Chodzi o pewne triki, sztuczki mające na początku oszukać czytelnika, by potem łaskawie pozwolić mu na rozwiązanie zagadki tekstu. Dzięki takim zabiegom odbiorca czuje, że Pojął i Zrozumiał przebiegłe meandry umysłu pisarza, co naturalnie wprawia go w doskonały humor i każe wracać po jeszcze. Negatywnym zjawiskiem jest z kolei wykorzystywanie tych samych mechanizmów przez kolejnych twórców – pal licho, gdy robią to nieświadomie lub celowo przewrotnie, gorzej, kiedy mnożą i odmieniają na trylion mdlących sposobów błyskotliwy pomysł jednego z tych, co Wielkimi Pisarzami byli. I tak, motyw „niekończącej się opowieści” pojawił się już na tej stronie w króciutkim tekście Pacheki (KLIK), tutaj natomiast widzimy go we wcześniejszej wersji u Borgesa. Temat, pełen naturalnego wdzięku, aż prosi się o powtarzanie go w kolejnych odsłonach – takim właśnie pokusom domorośli (od)twórcy mikroopowiadań winni się stanowczo opierać.

Czytelnicy władający językiem hiszpańskim przeczytać mogą oryginalne teksty zamieszczonych wyżej mikroopowiadań tu: KLIK

Fikcja z wizytówki

BCFCzy można pomyśleć o lepszym sposobie reklamy dla pisarza niż wręczenie wizytówki z próbką własnej twórczości? Business Card Fiction – tak została ochrzczona pomysłowa wariacja na temat mikroopowiadań, zapoczątkowana (jak wieść gminna i miejska legenda niesie) przez pewnego pomysłowego angielskiego lub amerykańskiego autora i podchwycona przez oraczy żyznego gruntu blogosfery.

Reguły gry są tutaj proste: tekst musi mieścić się na odwrocie wizytówki (typowy format, np. 90mm x 50 mm) i posiadać wszelkie cechy mikroopowiadań – im poświęcę niebawem osobny artykuł. Taką narracyjną perełką zaintrygować można i należy potencjalnych czytelników, wydawców i kolegów po fachu. Ci ostatni powinni się przy tym poczuć zażenowani faktem, że sami na tak świetny pomysł nie wpadli.

Pogmerawszy ciekawą rączką w wielkim worze Sieci, znajdziemy nawet stronę z konkursem BCF, prowadzoną przez Ruth Long, Lillie McFerrin i J. D Wenzela: KLIK, zwycięzca grudniowej edycji, niejaki Lupus Anthropos, napisał mikroopowiadanie BCF, które przetłumaczyć można tak:

BCFPrzyklad                                    tłumaczenie: ADK                         Opowiadanie zwycięzcy konkursu z tej strony: KLIK

A może mikroopowiadanie na odwrocie wizytówki sprawdziłoby się również w innych branżach?