Po angielsku i teksty oryginalne…

Ze względu na sytuację rodzinną rzadko miałam czas, by coś napisać, ale postaram się zamieszczać nowe wpisy regularniej – tym razem coś dla tych, którzy nie znają hiszpańskiego, ale całkiem nieźle radzą sobie z angielskim, a jest Was chyba więcej, prawda?

20140715FlashFictionOnline

Mikroopowiadania nie ograniczają się przecież do świata iberyjskiego i latynoamerykańskiego, skądżeby znowu. W języku angielskim istnieje duża i wciąż rosnąca grupa tekstów należących do tzw. flash fiction – początkowo określane były jako short short stories, ale ostatecznie zwyciężyła nazwa nieco bardziej ogólna, za to wdzięczniejsza.

Tym, którzy szukają konkretów i chcą czytać teksty literackie, a nie wynurzenia na ich temat, polecam od razu najbardziej znany serwis www.flashfictiononline.com, gdzie można znaleźć dużo niezłych mikroopowiadań. Niektóre są autorstwa uznanych pisarzy, inne blogerów, jeszcze inne – początkujących w tym fachu. Co więcej, każdy może wysłać swój tekst z nadzieją na opublikowanie – redaktorzy płacą skromną stawkę 5 centów za słowo i zapewniają bezstronność – czytają mikroopowiadania odarte z wszelkich dodatkowych informacji (w tym imienia i nazwiska autora), by wybrać co miesiąc trzy najlepsze miniaturki do zamieszczenia na stronie, w aktualnym „numerze”. Oprócz samych tekstów znajdziemy tam krótki „wstępniak” (naprawdę w wersji mikro)…  i to by było na tyle. Zainteresowanych konkretnym podgatunkiem odsyłam do menu po lewej stronie – znajdą się tam mikroopowiadania „klasyczne”, kryminalne, grozy, fantasy, science-fiction, „literackie” oraz legendy miejskie. Uwaga! Mikroopowiadania angielskie są zazwyczaj dłuższe od hiszpańskich, inne są limity słów, ale też najzwyczajniej od samego początku były to teksty nieco bardziej rozwlekłe.

Tych, którzy chcą poczytać o flash fiction, zapraszam na bloga twórców flshfictiononline: http://flashfictiononline.com/flashblog/. Publikowane są tam zabawne eseje związane dość ogólnie z pisaniem (np. komiczny tekst „Dzień adopcji autora”), ale też konkretne wskazówki, między innymi przestroga przed wprowadzaniem do mikroopowiadań najczęściej spotykanych typów osobowości – tak się już znudziły redaktorom serwisu, że z miejsca odrzucają twórczość, której bohaterami są: zmagający się z losem pisarz, nieśmiały kujon, student z problemami egzystencjalnymi, osoba na łożu śmierci, niechętny bohater… W zaskakującej poincie tego eseju Chris Phillips, jeden z redaktorów serwisu, zachęca do wykorzystywania wszystkich tych postaci pomimo ostrzeżeń, błaga jednak o nadanie im nowych rysów i popchnięcie w innym kierunku.

Wreszcie, dla tych, którzy oprócz czytania samych tekstów lubią też ucieszyć oko obrazem, flashfictiononline przygotowało wyszukiwarkę wszystkich opublikowanych grafik: http://flashfictiononline.com/flashblog/the-art-of-flash-fiction-online.

Ten serwis to pierwsza propozycja dla czytelników głodnych mikroopowiadań. Dla tych, którzy pragną pożerać je w niezdrowych ilościach, przygotuję niebawem nowe informacje, poodsyłam w nowe miejsca. Tymczasem dla polskojęzycznych czytelników mała niespodzianka – tekst oryginalny, przesłany mi przez jedną z autorek wyróżnionych w prowadzonym przeze mnie we współpracy z redakcją „Charakterów” konkursie na mikroopowiadanie. Pani Ula Rybicka zdecydowała się udostępnić mi dodatkowe krótkie prozy, zamieszczam więc tą, która najbardziej mi się spodobała, by inspirowała i ciekawiła też czytelników mikroopowiadań.pl:

 

Duty Free

hej, pamietasz o wizycie w ucla o 14? pozdrawiam

hej, o 8 masz spotkanie na ul. akacjowej, pozdrawiam

O wszystkim musiałam mu przypominać – nazywał mnie swoją prawą ręką, ale tak naprawdę byłam jego drugą głową. Niby jeden sms, a nierzadko ratował mu życie. Czasem musiałam nastawiać budzik na czwartą, żeby przypomnieć mu o locie do Paryża o siódmej, czasem musiałam wysłać mu przypominajkę – jak on to zwykł pieszczotliwie nazywać – żeby nie zapomniał odebrać swoich dzieci z przedszkola, gdy wypadał jego rodzicielski dyżur.

Przez wiele lat żyłam jego życiem, sterowałam jego krokami tak, jak wieża kontrolna steruje startem i lądowaniem samolotu. Aż któregoś dnia obudził mnie telefon od jego asystentki. Serio, z tej strony asystentka Dyrektora Szuala, tak się przedstawiła. Wyrwała mnie z głębokiego snu, bo przestałam nastawiać sobie budzik odkąd odkryłam, jak dobrze gorący klimat pustyni Negew wpływa na mój nocny odpoczynek. Krótko mówiąc, Asystentka Mojego Szefa pytała, kiedy przyjdę do siedziby firmy podpisać papiery dotyczące rozwiązania umowy.

– Trudno powiedzieć – odparłam szczerze – ponieważ od czasu samobójczego zamachu żaden samolot nie odlatuje z Beer Szewy. Będę bardzo wdzięczna, gdyby Pani była tak uprzejma i przypomniała mi o tym za jakiś czas, pozdrawiam

Ula Rybicka

Wioska zamieszkana przez teksty

Powiadają, że wszystko, co myślimy, mówimy czy piszemy jest intertekstem – zlepkiem tego wszystkiego, co już wymyślono, powiedziano, napisano. Nie do końca się z tym zgadzam, ale powiadają to mądrzy ludzie, więc warto te słowa przytoczyć, szczególnie w kontekście książki, którą chcę dzisiaj zarekomendować hiszpańskojęzycznym czytelnikom – a polskojęzycznym, jak zwykle, z daleka przedstawić i narobić smaku na tłumaczenie, które może kiedyś pojawi się na półkach naszych księgarni. Chodzi o projekt „Las microlocas” (hiszp. locas – szalone) trzech hiszpańskich i jednej chilijskiej pisarki. To szczególne dzieło zostało zainspirowane jednym tekstem znakomitego twórcy mikroopowiadań, Juana José Arreoli, zatytułowanym „El guardagujas” („Zwrotniczy”):

Zwrotniczy

Niech pan posłucha: wioska F. powstała w wyniku jednego z tych wypadków. Pociąg wjechał na nieprzejezdny teren. Zeszlifowane przez piasek koła starły się aż do osi. Pasażerowie spędzili tyle czasu razem, że z wymuszonych, trywialnych konwersacji zrodziły się bliskie przyjaźnie. Niektóre z tych przyjaźni przekształciły się wkrótce w idylle, a rezultatem jest F., postępowa wioska pełna psotnych dzieci, które bawią się zardzewiałymi resztkami pociągu.

Juan José Arreola (tłum. ADK)

Jak tłumaczą autorki: Eva Díaz Riobello, Isabel González, Teresa Serván i Isabel Wagemann, tekst Arreoli zainspirował je do stworzenia nowej przestrzeni, wioski mikrofikcji, gdzie rozgrywają się rozmaite historie. Nie jest to antologia, lecz książka opracowana jako zbiór opowiadań pisanych indywidualnie, ale podlegających pewnemu wspólnemu porządkowi. Twórczynie opowiadają zresztą, że choć pisały – każda z nich – w zaciszu własnych głów, konsultowały potem między sobą teksty, pożyczały sobie bohaterów, proponowały zmiany i wygładzały nierówne kanty mikroopowiadań koleżanek. „Zwrotniczy” Arreoli i wzajemne nawiązania nie są jedynymi intertekstami – w książce nie brakuje mrugnięć okiem do wielu uznanych autorów i dzieł mikrofikcji.

            Co ciekawe, choć może mało zaskakujące w dobie dominacji Internetu, konsultacje i rozmowy między autorkami odbywały się w sieci – poprzez liczne maile, które pozwalały na niekończące się dyskusje, wymiany zdań – wirtualne spotkania składające się na wydłużoną konwersację, świadectwo twórczej pracy.

            Na zachętę jeden z tekstów książki „La aldea de F.”, autorstwa Teresy Serván:

Ekscytacja zmarłych

Najmłodsza dziewczynka w wiosce zajmuje się oporządzaniem zmarłych. Raz w miesiącu, w skąpej spódniczce i z figlarnym dekoltem, przemierza cmentarz i, ze szmatką w ręku, klęka na grobach. Podczas gdy szoruje kamień, jej biodra poruszają się w rytmie bolera. Wydobywa blask z nagrobków, a jej piersi tańczą. Palce się mylą, rozstrajają, omdlewają, tańczą ze ścierką, polerując marmur. Ziemi bije serce. Wybucha kwiatami koloru fuksji. A z nekropolii sączy się lepkie powietrze. Mdląco słodki zapach, który pokrywa wioskę, zatapiając ją w żółtawym letargu.

 

Teresa Serván (tłum. ADK)

Polecam: La aldea de F., Las Microlocas, Eva Díaz Riobello, Isabel González González, Teresa Serván e Isabel Wagemann (Dirección de Literatura, UNAM, wydawnictwo punto de partida 9, 2011), oraz poświęcony książce wirtualny dodatek czasopisma Quaderni Ibero Americani: Duende, nr 8, luty 2014.

Skąd im się to bierze w głowach?

20140201ImageZebyRaquel

Okładka zbioru opowiadań Jimeneza Emana

Z dużym zainteresowaniem przeczytałam zapis odczytu, wygłoszonego na kongresie poświęconym minifikcji przez autora mikroopowiadań, Gabriela Jimeneza Emana. Pisarz opowiedział zebranym o okolicznościach powstania niektórych ze swoich mikroopowiadań, między innymi o tekście „Zęby Raquel”: otóż jako dziecko bał się przeraźliwie sprzedawcy słodyczy, ze względu na jego straszliwe uzębienie i przyprawiający o zgrozę uśmiech. Potem, jako nastolatek, podkochiwał się w Raquel Welch, aktorce o zniewalającej urodzie, włosach i – naturalnie – uśmiechu. Te dwa obrazy nieustannie mu się ze sobą kojarzyły, doprowadzając wreszcie do powstania nieco przerażającej minifikcji “Zęby Raquel”:

Zęby Raquel

Raquel ugryzła jabłko, i wszystkie jej zęby w nim zostały.
Z krwawiącymi ustami poszła do domu zawiadomić swoją mamę. Mama, przestraszona, przybiegła szukać zębów Raquel, a kiedy przybyła, zęby zjadły już całe jabłko.

Mama chciała je zebrać, ale zęby uniosły się i zjadły Raquel i mamę.

Potem zęby wróciły do ust Raquel, która, bardzo głodna, pobiegła prosić mamę, by ta kupiła jej jabłko.

 

Gabriel Jiménez Emán

(tłum. ADK)

Odczyt Jimeneza Emana o zwięzłym tytule „Escribir relatos” opublikowany został w aktach IV Międzynarodowego Kongresu Minifikcji, La era de la brevedad, pod redakcją Irene Andres-Suárez i Antonio Rivasa, Menoscuarto 2008, str. 537-546.

Oryginał mikroopowiadania „Los dientes de Raquel” dostępny jest tu: (KLIK)

Dziecięce biblioteki online

20140126ImageBiblioDzieci

Baner wirtualnej biblioteki El Rincón de los Chicos KLIK

Przez kilka lat (od 2005 do 2010) w sieci funkcjonowała La Biblio de los Chicos, czyli dziecięca biblioteka wirtualna, udostępniająca teksty dla najmłodszych w wersji elektronicznej, często ilustrowane dodatkowo na potrzeby publikacji. Legendy, podania, baśnie, poezja i – jakżeby inaczej – mikroopowiadania pojawiały się w serwisie opracowanym przez wydawców internetowego czasopisma krytycznoliterackiego Imaginaria (KLIK), popularnonaukowego studium literatury dziecięcej i młodzieżowej. Niestety, jej fundatorzy i redaktorzy, Roberto Sotelo i Eduardo Abel Gimenez – rodem z Buenos Aires – nie byli w stanie samodzielnie utrzymywać biblioteki, a finansująca ją Fundación Telefónica wycofała w końcu wsparcie. Wciąż jednak na stronach Imaginaria pojawiają się proza i poezja przeznaczone dla tych, którzy najwdzięczniej przyjmują nasze opowieści. Można je znaleźć tutaj: (KLIK), czytać samemu, dzieciom, wykorzystywać w nauce i nauczaniu języka hiszpańskiego. Szkoda, że La Biblio de los Chicos już nie ma – chociaż uważam, że od pewnego wieku dzieci powinny czytać „po prostu” literaturę, trudno zaprzeczyć, że kilkulatkom osobny dział i osobne miejsce gromadzące tego typu zasoby bardzo się przydają. Na szczęście wciąż można liczyć na pasjonatów, pragnących przybliżać maluchom tęczę światów, fruwających dookoła ich otwartych, ciekawych umysłów – tworzą miejsca takie jak Pequeocio („mała rozrywka”, (KLIK)), gdzie obok gier, zabaw, przepisów, propozycji spędzania wolnego czasu i innych tysięcy „przydasiów” figurują działy „ dziecięcej poezji” oraz „dziecięcych opowiadań” (KLIK), z ładną grafiką i zbiorem zarówno klasyki, jak i świeżego na nią spojrzenia. Inną godną polecenia biblioteką wirtualną z opowieściami dla maluchów jest El Rincón de los Chicos http://www.pequeocio.com/ninos/cuentos-infantiles/.

Czy warto czytać dzieciakom mikroopowiadania? A kto tego nie robi? To w literaturze dziecięcej ukrywa się najwięcej klasyków i prekursorów gatunku, ba, nawet w polskich książeczkach dla dzieci minifikcje darzone są należytą estymą. Małe uszka wprost stworzone są do słuchania króciutkich historii, cóż z tego, że nieco powtarzalnych, z powiewem surowej moralności – tak rozsądnej we współczesnych baśniach, a tak szaleńczo ciekawej w dawniejszych narracjach braci Grimm czy Andersena! Oprócz mikroopowiadań – opowiastek mamy już jednak do czynienia z drugim, nowszym nurtem tekstów pomyślanych i opowiedzianych jako minifikcje. We wspominanej wyżej La Biblio de los Chicos opublikowano między innymi:

Ten-który-mnie-bije-na-przerwach przyszedł dzisiaj z ręką w gipsie, nie wiem, czy to dobrze, czy źle…

Andrés Sobico

(tłum. ADK)

I mikroopowiadanie dla starszych dzieci oraz dla dorosłych, ku refleksji o nadmiernym wygładzaniu baśni:

Czarownica, ubrana na czarno, w spiczastym kapeluszu, z haczykowatym nosem i kurzajką porośniętą włosami, z sową na ramieniu, przygarbionymi plecami i samotnym, fioletowym zębem chwiejącym się w ustach, wrzuciła jeszcze jakieś brudy do kotła, który śmierdział już zgnilizną, wymierzyła kotu kopniaka, spojrzała na ostatnią ludzką kość pozostałą w kącie, upewniła się, że zapadła już ciemna noc, chwyciła miotłę i, kopiąc karaluchy, wyszła w poszukiwaniu jakiegoś innego chłopca do zjedzenia na kolację.
Na zewnątrz czekała na nią komisja Stowarzyszenia Wspierającego Politycznie Poprawne Opowiadania Dla Dzieci, która z wyroku sądu zabrała ją do ośrodka odwykowego.

Eduardo Abel Gimenez

(tłum. ADK)

Oba teksty mona przeczytać w wersji oryginalnej tutaj: (KLIK)

Miasto w mikroopowiadaniach

Już od dziesiątek (czy może nawet setek?) lat miasta przyciągają lud swoją kapitalistyczną, pozłacaną aureolką, opromieniającą lekko mętny wir obietnicy miejsc pracy, spasionego kredytu i mieszkania, którego szarości nie są w stanie przykryć kolorowe pasy rozrzucane przez malarzy w wyniku rozpaczliwych prób usiłowania upiększenia rzeczywistości, podejmowanych przez władze.

Miasto w kulturze to zupełnie osobny, rubensowskich kształtów temat, bogactwo utkane w głowach ludzi, co najmniej mają wspólnego z ideą miasta (choć niektórzy czują się w nim jak ryba w wodzie) – artystów – i pewnie to pozwala im zachować pełen godności dystans, ironicznie przymrużone spojrzenie na rozkosze galerii handlowych i poranne podmuchy świeżego wyziewu spalin, łapane przez spragnione nozdrza mieszkańców. Miasta nie są bynajmniej mikro, a jednak – a może właśnie dlatego – znakomicie wpasowują się w estetykę mikroopowiadań, pokazując z bolesną szczerością jedną z milionów odsłon tych ludzko-owadzich tworków, w jakich przyszło nam żyć. Minifikcje municypalne wywodzą się z dwóch źródeł. Po pierwsze, są naturalną inspiracją osobistego zniecierpliwienia, zachwytu czy rozżalenia pisarzy – to wszak ich habitat, więc jakże nie miałby znaleźć się w wytworach ich przędących prozę umysłów. Po drugie, miasta, lekko urażone wpasowywaniem ich w literaturę, postanawiają się zemścić i podporządkować pisarstwo sobie, władze miast prześcigają się zatem w organizowaniu konkursów na „miejskie opowiadania”, z wątkami fruwającymi wokół tego czy owego organizatora imprezy – czy jest to dumna metropolia, czy jeszcze dumniejsza maleńka mieścina.

Trzeba przyznać, że miastom wystarcza czasem niewielka wzmianka w wytłuszczonej grubaśnymi literami nazwie konkursu – czapki z głów, pozwalają powiem na swobodną ekspresję i wybór tematów, zadowalając się nagrodą w postaci rozgłosu należnego za samo przygotowanie nagrody. Tym samym w hiszpańskojęzycznym światku ma szansę zaakcentować swoje istnienie choćby Oviedo (czytelnikom literatury hiszpańskiej znane może aż nazbyt dobrze…) czy Melilla: (KLIK), (KLIK). Być może najbardziej znanym – a w każdym razie najdłużej funkcjonującym w hiszpańskojęzycznym Internecie – jest jednak cykliczny, obecnie nieaktywny, „Konkurs Legend Miejskich” (wbrew pozorom, również o wolnej tematyce) organizowany przez Pola de Siera, miasto w Asturii (Hiszpania), liczące zaledwie 12 615 mieszkańców…(KLIK). Tym samym Pola de Siera, kropeczka tak mikroskopijna na mapie świata, że chyba tylko entomolog mógłby ją dostrzec, wskoczyła raźnie na wyżyny literackiego krajobrazu Hiszpanii. Liczę na to, że również polskie miasta dostrzegą korzyści z organizowania konkursów mikroopowiadań, a niechby nawet i z początku kazali pisać o Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu… Myślę, że tylko wypatrywać takich turniejów, bo pierwsze przedsmaczki już są – na Mikołajki chociażby wrocławskie MPK przeprowadziło konkurs na limeryk (z „książką”, „tramwajem” i „Mikołajem” w treści), i choć nadesłane teksty wyświetlane były na autobusowych ekranikach w tempie uniemożliwiającym lekturę, to jednak docenić należy pomysł i gest. Słyszałam także, że w Łodzi umieszczono w komunikacji miejskiej aforyzmy i filozoficzne cytaty, na krótko – nie podobały się ponoć kibicom pewnej drużyny, czemu aktywnie kibice owi dali wyraz – ale jednak.

Na koniec jedno z mikroopowiadań o tematyce miejskiej, z kraju miast szczególnych, łączących ogrom szpetoty i nędzy z przepychem bogatych dzielnic nowo-kacyków. Jak zwykle warto zwrócić uwagę na tytuł, sytuujący nas w przestrzeni, i na zakończenie, które można intepretować jako odsyłające w sferę fantastyki, ale też odczytywać jako bolesną, aż nazbyt rzeczywistą konstatację wartości istnienia pojedynczego, żyjącego w nędzy człowieka.

Z kronik miasta

Nikt nigdy nie zwracał na niego uwagi. Popychano go, deptano, zamykano mu drzwi przed nosem. Tego dnia spędził całe godziny czekając, aż urzędnik wysłucha wszystkich prawd, które czuł się zobligowany mu przekazać. Musiał odejść, kiedy wszyscy opuścili biura i zobaczył, że noc zastała go siedzącego na taborecie.
Kiedy o świcie dotarł do swego domu z puszek i strzępów kartonu, kiedy zobaczył w oddali miasto niczym strużkę oświetlonego mleka, powiedział do siebie: Nie denerwuj się. Wszystko się zmieni, kiedy przestaniesz być niewidzialny.

Jairo Aníbal Niño, “De las crónicas de la ciudad”, opublikowane w: Puro pueblo. Bogotá: Panamericana Editorial, 1997 oraz tu: (KLIK)
(tłum. ADK)

Co czytają autorzy mikroopowiadań?

 

 

źródło: A. Marcos, “¿Cuál es su microrrelato favorito?”, El País, 20.03.2013 r., http://cultura.elpais.com/cultura/2013/03/14/actualidad/1363255015_427695.html

Ana María Shua, pisarka

[Moim ulubionym mikroopowiadaniem] jest Wyjazd Franza Kafki. Mikroopowiadania nie są jak mistrzowie tenisa – jedna kategoria, w której najlepszy wygrywa ze wszystkimi. Dlatego mam setki ulubionych “mikro”. Kafka był gigantem mikroopowiadania, a jego tekst służy mi do udowadniania, jak mały jest związek między tym gatunkiem a tweetem… I jak można grać dwuznacznością, wieloznacznością i  udręką w mniej niż dziesięciu linijkach.

tłum. ADK

Wyjazd

Kaza­łem wypro­wa­dzić konia ze stajni. Słu­żący nie zro­zu­miał mnie. Poszedłem sam do stajni, osio­dła­łem konia i dosia­dłem go. Z daleka usłysza­łem gra­nie trąbki, zapy­ta­łem słu­żą­cego co to zna­czy. Nie wie­dział o niczym i nic nie sły­szał. Przy bra­mie zatrzy­mał mnie i zapytał:
- Dokąd pan jedzie?

– Nie wiem — powie­dzia­łem — byle dalej stąd, byle dalej. Tylko dalej, jedynie tak mogę osią­gnąć swój cel.
– Znasz zatem swój cel? — zapy­tał
– Tak — odpar­łem — powie­dzia­łem prze­cież. Odda­lić się stąd — oto mój cel.

Franz Kafka

tłum. Roman Karnst (Franz Kafka, Dzieła Wybrane I,
’Ame­ryka, Nowele i minia­tury, Wyrok’, PiW 1994)

Fernando Iwasaki, pisarz

Ponieważ gatunek niedawno został doceniony w XXI wieku, czasami zapominamy, że od połowy wieku XX byli autorzy tacy jak Julio Torri, Augusto Monterroso, Juan José Arreola i Marco Denevi, którzy pisali wspaniałe minifikcje. “Ciąglość parków” Julio Cortazara jest częścią tego świata, i jest mikroopowiadaniem idealnym, bo opowiada historię, uwodzi fabułą i ma nadzwyczajne zakończenie.

tłum. ADK

Ciągłość parków

Zaczął czytać tę książkę parę dni przedtem. Przerwał z powodu pilnych spraw i otworzył znowu, wracając pociągiem na wieś; powoli wciągał się w wątek, w rysunek postaci. Tegoż popołudnia, po napisaniu listu do pełnomocnika i przedyskutowaniu z rządcą kwestii dzierżaw, wrócił do niej w ciszy swojego gabinetu wychodzącego na dębowy park. Zagłębiony w ulubionym fotelu, plecami do drzwi, żeby mu nie przeszkodziło ewentualne pojawienie się jakiegoś intruza, lewą ręką raz i drugi pogładził zielony aksamit i zabrał się do ostatnich rozdziałów. Jego pamięć bez wysiłku zatrzymywała imiona i obrazy bohaterów, atmosfera powieści ogarnęła go prawie od razu. Niemal perwersyjnie rozkoszował się świadomością, iż każda linia odrywa go od tego, co go otacza, że głowa jego spoczywa wygodnie na aksamicie oparcia, że papierosy leżą w zasięgu ręki, że za oknami tańczy powietrze popołudnia pod dębami. Pochłonięty ponurym dylematem bohaterów, śledząc słowo po słowie konkretyzujące się, nabierające kolorów obrazy, był świadkiem ostatniego spotkania w góralskiej chacie. Pierwsza, nieufnie się rozglądając, weszła kobieta, teraz nadchodził kochanek, twarz miał zranioną od uderzenia gałęzi. Czule tamowała mu krew pocałunkami, ale oganiał się od jej pieszczot; nie po to tu przyszli, aby powtarzać ceremoniał namiętności, skrywanych pod osłoną zeschłych liści i odludnych ścieżek. Sztylet grzał się na jego piersiach, w których pulsując czaiła się wolność. Zdyszany dialog biegł przez stronice niby strumień węży i czuło się, że wszystko zdecydowane jest od dawna. Nawet te pieszczoty, które związywały ciało kochanka, jakby chciały odwieść go, powstrzymać, rysowały ohydnie kształt tamtego ciała, które należało zniszczyć. Nic nie zostało zapomniane: przejścia na skróty, przypadki, ewentualne pomyłki. Począwszy od tej chwili każda sekunda miała swoje zadanie, swój dokładnie wyznaczony plan. Wspólne, bezlitosne powtarzanie go przerywało się na sekundę, by ręką pogłaskać policzek. Zapadał zmrok. Nie oglądając się już na siebie, ściśle związani zadaniem, które ich oczekiwało, rozstali się znowu na progu chaty. Ona miała iść ścieżką wiodącą na północ. Z przeciwległej ścieżki on na chwilę zawrócił, by spojrzeć na nią, biegnącą z włosami w nieładzie. Po czym i on pobiegł, kryjąc się za drzewa, za krzaki, aż do chwili, gdy w fiołkowym świetle zmroku dojrzał topolową aleję wiodącą ku domowi. Psy nie miały szczekać i nie szczekały. Rządcy nie miało być i nie było. Wbiegł po trzech stopniach, które prowadziły do sieni i wszedł do domu. Poprzez uderzenia krwi tętniące mu w uszach słyszał słowa kobiety: najpierw pokój błękitny, potem galeria, potem wyłożone dywanem schody. Na górze dwoje drzwi, w pierwszym pokoju nikogo, w drugim nikogo, potem drzwi do salonu – a wtedy sztylet w rękę, światło wielkich okien, wysokie oparcie fotela wybitego zielonym aksamitem, głowa człowieka czytającego w fotelu książkę.
Julio Cortázar
tłum. Zofia Chądzyńska (J. Cortazar, Opowiadania zebrane,
Wydawnictwo Muza 1996, s.301-302)
komiks na podstawie opowiadania “Ciągłość parków”,
zamieszczony w El País, w artykule źródłowym:
Ciągłość parków komiks

Szelest motylich skrzydeł na Twitterze

         Sen motyla okladka

Mikroopowiadania liczące 150 słów pozwalają opowiedzieć wcale złożoną historię – jest tam miejsce i na zabawę stylem, i na trochę parodii, zmieści się nawet skromny i wychudzony wątek poboczny lub epicka postać drugoplanowa. Format tweetu to już jednak inna bajka, zamyka bowiem w 140 znakach i z natury ulatuje w niebyt, gdy tylko pogrzebie go stos wpisów smętnie prozaicznych („piję kawę, jest piąteczek”), ale nowszych. Podporządkowując się pierwszemu wymaganiu i walcząc z drugim, Juan Romagnoli wydał książkę #ElSueñodelaMariposa (# to symbol pozwalający na tagowanie wpisu), czyli #SenMotyla, zbiór 320 tweetów własnego autorstwa. Violeta Rojo, autorka jednego z pierwszych opracowań mikrofikcji, chwali pisarza za wyrwanie mikroopowiadań spod fali zmywającej piasek.

Argentyńska książeczka niewielkiego formatu, zilustrowana przez Juana Luisa Lopez Anayę, podzielona jest na cztery części odpowiadające czterem porom roku. Nie daje się sklasyfikować jako konkretny podgatunek – obok tekstów oniryczno-fantastycznych pojawiają się mikroopowiadania „niezwykle zwykłe” o miłości.

Tytuł nawiązuje do jednego z najbardziej znanych mikroopowiadań, pochodzącego z tradycji mistrzów lapidarności, z trzeciego stulecie przed naszą erą:

 Sen motyla

Chuang Tzu śnił, że jest motylem, i obudziwszy się nie wiedział, czy jest Chuangiem Tzu, który śnił, że był motylem, czy motylem, który śni, że jest Chuangiem Tzu.

Chuang-tzu

z hiszpańskiego tłum. ADK

Autora #SnuMotyla śledzić można na Twitterze jako @jromagnoli, a książkę (oczywiście w języku hiszpańskim) warto kupić, na przykład tu: http://macedoniaediciones.com.ar/catalogo.html. Niech świadczy o tym niewielka próbka twórczości Romagnoli:

Wymazałem cię z mojej pamięci na zawsze. Teraz twoja fotografia na moim stoliku nocnym jest zdjęciem nieznajomej.

Ów ładny jednorożec, aby nie zwracać uwagi, symulował, że jest koniem idącym na bal przebierańców.

Morze wciąż zwraca mi butelkę z moją wiadomością. Dlatego piszę tylko słowa, które dodadzą mi otuchy.

Napisałem już wiadomość i zamknąłem ją w butelce. Brakuje mi tylko morza.

tłum. ADK

Co robią w wolnym czasie hiszpańscy prawnicy?

Naturalnie piszą mikroopowiadania.

Na głównej stronie internetowej zrzeszającej hiszpańskich prawników (http://www.abogacia.es) znajdują się – obok aktualności, ważnych informacji dla adwokatów i ich klientów, wskazówek dla uczących się, specjalistycznej prasy – linki do “10 najlepszych filmów prawniczych” oraz, jakżeby inaczej, podstrona projektu “Konkurs na opowiadania o adwokatach” (http://www.microrrelatosabogados.com).

Konkurs ma już swoją piątą edycję i cieszy się dużą popularnością, nie tylko w środowisku prawniczym. Każdy tekst musi być powiązany tematycznie ze światkiem adwokatów, sądów, tóg i białych peruk, więc pomysłodawcy mimowolnie (a może zupełnie celowo?) przyczyniają się do rozwoju podgatunku “mikroopowiadania prawnicze”. Utwory różnią się zdecydowanie od – zazwyczaj – dość płaskich znaczeniowo i sztampowych treściowo thrillerów prawniczych, sięgają bowiem do różnych tradycji i rzadko zahaczają o sensację.

Projekt trwa nieprzerwanie od sierpnia 2008 roku. Co miesiąc ogłaszanych jest pięć słów, które znaleźć się muszą w nadsyłanych tekstach. Każdy (nie tylko prawnicy, nie tylko Hiszpanie – w konkursie może brać udział każdy niezależnie od miejsca zamieszkania… byle tylko umiał napisać mikroopowiadanie po hiszpańsku) może zgłosić jeden utwór (o długości nieprzekraczającej 150 słów) miesięcznie. Najciekawsze publikowane są na stronie projektu, raz w miesiącu przyznawana jest nagroda 500 euro, natomiast raz w roku spośród dwunastu najlepszych mikroopowiadań wybierane jest jedno, którego autor otrzymuje 3.000 euro. A zatem – do roboty!

Na zachętę tłumaczenie zwycięskiego tekstu z maja 2013 roku (słowa narzucone w konkursie: zaniedbany, igła, opieka, eklektyczny, cywilny):

Autor: Javier de Pedro Peinado

MÓJ KLIENT

Mój klient jest biednym ćpunem. Sięgnął tak blisko dna, że obawiam się, iż nie będzie w stanie stawić się w sądzie. Nie widziałem go bardzo długo, do czasu gdy kilka tygodni temu przyszedł do mojego biura prosić o pomoc, i wyniósł ukryte pod brudną koszulą srebrne przyciski do papieru. Chaotyczny i niezgrabny, jest jak zombi, który nie myśli właściwie o niczym poza igłą, a kiedy uśmiecha się bezzębnymi ustami, wydaje się najbardziej zaniedbaną istotą, jaką można sobie wyobrazić. Robi wrażenie widzieć go tam siedzącego, tak wychudzonego, w swoim eklektycznym odzieniu, spoglądającego nerwowo na swój czerwony zegareczek na pasku. Sala cywilnego jest pusta; rozprawy dotyczące sprawowania opieki nie są zazwyczaj popularne. Uśmiecha się i mruga do mnie okiem, w geście, który zwykł mi się wydawać uspokajający kiedyś, kiedy ten smutny i wycieńczony facet był jeszcze moim starszym bratem.

tłum. ADK

Oryginał znajduje się tutaj: KLIK

 Dziura w murze

O względnej pojemności tekstu

SONY DSC

Wśród formalnych cech mikroopowiadań Francisco Álamo Felices (zob: http://pendientedemigracion.ucm.es/info/especulo/numero42/microrre.html) wymienia esencjonalną konstrukcję przestrzeni i jej anty-opis, stopiony w jedno z rozwojem narracji. W opozycji do klasycznej triady (zawiązanie, rozwój i rozwiązanie akcji) mikrofikcja proponuje nieco rozmyty dyskurs narracyjny, w którym trudno złapać ostrość na jeden konkretny fragment. Za pan brat z postmodernizmem narracyjnym, nasz gatunek chętnie przygarnia jego cechy: szybkość, skondensowanie i fragmentaryczność. Syntetyzacja czy minimalizacja wszystkich komponentów formalnych tekstu sprawia, że powstają rozwiązania atrakcyjne właśnie ze względu na ich “architektoniczny ekstremizm”. Ostatecznym celem jest zawsze optymalizacja efektów diegetycznych i pragmatycznych.

Syntetyzacja nie nakłada, rzecz jasna, ograniczeń – wręcz przeciwnie, dzięki uniwersalizacji dyskursu i otwarciu go na to, czego w tekście nie doprecyzowano, przestrzeń zdaje się rozciągać w nieskończoność. To, co “nieopowiedziane” (hiszp. desnarrado, ang. disnarrated – termin zaproponowany w 1988 roku przez Geralda Prince’a) obejmuje wszystkie możliwości i opcje rozwoju narracji, to, co mogłoby się wydarzyć i rzuca – z oddali równoległego wszechświata – cień na przebieg historii. Tym samym współrzędne opowieści wykraczają poza wszelkie znane ramy i pozwalają autorowi i czytelnikowi na odrobinę przestrzennego szaleństwa.

Tak pisze o tym w jednej z mikrofikcji Ángel Olgoso, jeden z hiszpańskich mistrzów mikroopowiadania:

 Przestrzeń

Dla Miguela Ángela Muñoza

           Napisałem opowiadanie na trzy linijki, i w rozległości jego przestrzeni żyli sobie wygodnie słoń z buszu, kilka piramid, stado płetwali błękitnych ze swym oceanem odwiedzanym przez albatrosy i huragany, i czarna dziura pożerająca galaktyki.           

            Napisałem powieść ma trzysta stron, i nie mieściła się tam nawet szpilka, wszystko tłoczyło się w owej obskurnej pułapce na myszy, były tam ciosy łokciem i pola minowe, błądzące tłumy, które umierały i rodziły się na nowo, zagubione ładunki, fakty, które plątały się i rozplątywały jak nieskończona królowa, wątki świadomie wykrwawiane w poszukiwaniu ostatniej kropli, świeżego powietrza było jak na lekarstwo, jedna po drugiej następowały po sobie paniczne ucieczki tysięcy nieistotnych szczegółów, podłoga tego wszechobecnego i zduszonego chaosu pokryta była trocinami tych samych myśli, mielonych wciąż na nowo, drzewa były genealogiczne, miejsca – pospolite, a słowa – ciężkim, ołowianym śrutem, który bezlitośnie gromadził się w stos na umierającym czytelniku, aż do pogrzebania go.

 Ángel Olgoso, Astrolabio, Cuadernos del Vigía, Granada, 2007

oryginał znajduje się tu: http://revistamicrorrelatos.blogspot.com/2013/07/espacio.html

10 MIKROZAPISKÓW O MIKROOPOWIADANIU

Celny i dający do myślenia tekst Andrésa Neumana, autora mikroopowiadań i bloga http://andresneuman.blogspot.com/:

 

Powołaniem każdego przyzwoitego mikroopowiadania jest rosnąć tak, by nie zostało zauważone.

Nie jest tym samym zwięzłe i krótkie: zwięzłe milknie na czas, a krótkie przed czasem.

Najdziwniejsza w mikroopowiadaniu nie jest jego miniaturowa objętość, ale jego radykalna struktura.

Bohaterowie mikroopowiadania chodzą obróceni profilem.

Pokusa żartu jest termitem mikroopowiadania.

Każde mikroopowiadanie zaczyna się w cudzysłowie i kończy na wielokropku.

Znaki interpunkcyjne stawiać skalpelem.

Czasowniki latają, rzeczowniki biegną, przymiotniki ważą.

Mikroopowiadanie potrzebuje czytelników odważnych, to znaczy takich, którzy zniosą niekompletność.

Im zwięźlejsze się wydaje, tym wolniej powinno się je czytać.

 Źródło: El País, 1.10. 2007r.

Zwięzłe i krótkie:

SONY DSC

 

 

http://andresneuman.blogspot.com/